niedziela, 29 listopada 2015

Szkoła fotografowania - National Geographic

Dziś będzie trochę sentymentalnie, ale również praktycznie. Swego czasu byłem dość mocno zainteresowany fotografią. Kupiłem sobie lustrzankę Pentax K10, kilka obiektywów, statyw, filtry itp. Udzielałem się na kilku forach fotograficznych, których dziś nie mogę odnaleźć w sieci. Pozostało mi kilka fajnych fotek w albumie (cały sprzed sprzedałem w 2013 roku) i książek. Szczególny sentyment mam do tej wydanej pod patronatem National Geographic Petera Buriana i Roberta Caputo.


Książka ma już swoje lata, gdy weźmiemy pod uwagę postęp w tej dziedzinie. Jej pierwsze wydanie datuje się na 1999 rok, moje pochodzi z roku 2003, tak więc nie uświadczymy tu zbyt wielu informacji o fotografii cyfrowej. Całość jest podzielona na dwie części, omówienie podstawowych wiadomości i teorii:

Wyraz fotografia w dosłownym tłumaczeniu z greki znaczy: rysowanie światłem. Istotnie prawie wszystko w fotografii ma związek ze światłem. Światło odbite od sceny tworzy obraz. Z chwilą otwarcia migawki aparatu światło przechodzące przez obiektyw pada na powierzchnię filmu, naświetlając światłoczułe drobiny w jego emulsji. Film wywoływany jest następnie w odczynach chemicznych, tworząc negatyw. Negatyw rzutowany na arkusz światłoczułego papieru tworzy obraz, dzięki czemu powstaje odbitka barwna lub czarno-biała.

Od tego krótkiego wstępu autorzy prowadzą nas krok po kroku przez świat podstaw fotografii. Tłumaczą nam jak ważne jest światło i ekspozycja, co to jest ISO (czułość filmu), czas naświetlania, ruch a czas naświetlania, głębia ostrości a przesłona i jak ważna jest kompozycja.


Jest kilka stron o aparatach, ich budowie i rodzajach. Całkiem sporo o obiektywach i ich znaczeniu w fotografii, filtrach, statywach, lampach błyskowych i w obecnych czasach chyba najmniej przydatny paragraf o filmach i ich czułości. Gdy już przejdziemy przez teorię dostajemy perełkę w postaci drugiej części zatytułowanej Świat tematów

Świetne zdjęcia przybierają wprawdzie najróżniejsze formy, lecz wszystkie mają jedną wspólną cechę: każde z nich wyraża uczucia: radości lub smutku, współczucia, odrazy, czy wreszcie prostej, a niemożliwej do opisania, przyjemności patrzenia na coś, co przemawia do naszego oka i umysłu. Fotograf przekazuje nam te uczucia dzięki szczęśliwej kombinacji własnej wrażliwości - oka artysty - ze znajomością narzędzi i techniki. Aby otrzymać obraz, który jest zarówno odzwierciedleniem tematu, jak i opowieścią o nim, fotograf patrzy, myśli, wybiera właściwy sprzęt, a następnie przyciska spust migawki.





W ostatniej części mamy zebrane propozycje tematów do fotografowania. Okraszone są one tekstami znanych współpracowników National Geographic opatrzone pięknymi zdjęciami i pełne użytecznych rad. Na sam koniec, chyba trochę na siłę, wciśnięty został krótki paragraf Komputery a fotografia z kilkoma informacjami jak można je wykorzystać w obróbce zdjęć.


wtorek, 24 listopada 2015

Angole

Lubię czytać reportaże, najbardziej pociągają mnie te z egzotycznych miejsc. "Angole" Ewy Winnickiej, to podróż w rejony, które raczej omijałem, może dlatego że dotyczą mnie bezpośrednio. Od czasu do czasu trzeba się jednak zmierzyć ze swymi demonami. Tak więc zrobiłem.




Nie jest łatwo z pośród 2 milionów emigrantów wybrać kilkudziesięciu, którzy mieli by być reprezentatywni dla takiej grupy. Trzeba kierować się kluczem, tym kluczem w książce jest poziom atrakcyjności czytelniczej. Nie uświadczymy tutaj historii typowego emigranta, doświadczymy natomiast skrajności. Mamy samotną matkę z synem i partnerem (problem z alkoholem), przedsiębiorcę który wyemigrował w latach 80-tych, sprzątaczkę  walczącą z siecią Hilton, pracownika korporacyjnego, pracownika przy taśmie, absolwenta prywatnej uczelni itd.
Ewa Winnicka zebrała w swojej książce 36 historii, jest tego sporo, z opowieści bohaterów dowiadujemy się sporo o kodzie językowym i stosunku tubylców do emigrantów. Uświadamiają nam jak bardzo ważna w Wielkiej Brytanii jest przynależność do klasy społecznej i akcent. Tłumaczą nam pojęcie passive aggressive:

Metoda z grubsza polega na tym, że Angol nie dawał mi żadnych obowiązków, a ja czułam, że on nie chce mieć ze mną nic wspólnego.Chwilę potem mówi, że jestem do niczego. "I can't do anything, sorry".
Piszę maila do klienta. On tego maila każe do siebie przesłać, żeby sprawdzić, czy dobrze napisany. 

Mamy tu kobietę, która stara się pomagać nowo przybyłym i która po kilku miesiącach wypala się kompletnie od nadmiaru pracy.
Poszczególne historie są krótkie i szybko się je czyta. Dają dużo do myślenia jeżeli myślisz o emigracji i rewidują twoje spojrzenie gdy już na niej jesteś. Ciekawa lektura.


sobota, 21 listopada 2015

Gottland

Mariusz Szczygieł gdzieś głęboko w mojej podświadomości miał taką łatkę, pana od  od infantylnych pytań z talk-show "Na każdy temat" nadawanego w drugiej połowie lat 90-tych w telewizji Polsat. Od czasu do czasu czytałem jego relacje z Czech w Gazecie Wyborczej, ale nie potrafiłem wziąć go na poważnie. Ten okres zakończył się definitywnie po lekturze "Gottland" cyklu reportaży z Czech.



Paradoksalnie zacznę od końca, a więc co sam Mariusz Szczygieł pisze o swojej książce w ostatnich akapitach: 

Gdy "Gottland" chciał wejść na rynek francuski, usłyszałem obawy, że może nie znaleźć czytelników. Nie wiadomo, czy kogoś na zachodzie zainteresuje, co ma do powiedzenia Polak o Czechach. Zrozumiałem to, przedstawiciel jednego marginalnego narodu pisze o drugim marginalnym narodzie i trudno spodziewać się sukcesu.
Kiedy więc "Gottland" został Europejską Książką Roku, powiedziałem w swoim przemówieniu: "Cieszę się, że książka Polaka o Czechach została uznana za książkę Europejczyka o Europie".

Poznajemy więc świat Czechów z perspektywy polskiego reportażysty. Autor im podjął się tego karkołomnego zadania wpierw spędził wśród tubylców kilka ładnych lat, poznał ich kulturę i nauczył się języka. W książce poznajemy historię XX-wiecznych Czech poprzez pryzmat mniej lub bardziej znanych postaci. Zaczynamy od Tomasa Baty, ubogiego syna szewca który, konsekwentnie dorabia się dużych pieniędzy widząc szanse tam gdzie inni widzą porażkę. Najpierw postanawia uczyć się od najlepszych czyli w amerykańskich fabrykach Forda (dziś byśmy powiedzieli, że uprawiał szpiegostwo przemysłowe) następnie zakłada fabrykę obuwia a na jej drzwiach widnieje napis "dzień ma 86 400 sekund". Dorabia się pierwszych pieniędzy gdy wybucha I wojna światowa, wpada na pomysł jak obuć armie austro-węgierską. W latach 30-tych gdy panuje recesja, sprzedaje buty po zaniżonych kosztach, tnie pensje swoich pracowników, a żeby ich jeszcze bardziej do siebie przywiązać  buduje dla nich tanie domy czynszowe, stołówkę pracowniczą i szkołę zawodową. Jest jedynym pracodawcą w regionie, a kto wie, może i w kraju. Miasteczko Zlin staje się takim państwem w państwie, a historia Baty taką czeską opowiastką o dyktaturze. Niemcy mieli Hitlera, Włosi mieli Mussoliniego, Rosjanie Stalina, Hiszpanie Franko, Polacy Piłsudskiego, a Czesi Tomasa Bate - jaki kraj taka dyktatura.
Takich historii jest tu więcej dowiadujemy się na ich podstawie na czym polega czeski konformizm i pragmatyzm. Autor ma fenomenalną zdolność ukazywania drugiego dna, w czymś na pozór zwyczajnym.
Mnie osobiście podoba się bardzo historia największego na świecie pomnika Józefa Stalina (zdjęcie widnieje na okładce książki) i okoliczności śmierci jego budowniczego Otakara Sveca.

Jest wieczór, jakiś czas przed odsłonięciem. Otakar Svec wychodzi z pracowni, bierze taksówkę i jedzie pod Letną spojrzeć incognito na pomnik. Pyta taksówkarza, co sądzi o dziele.
- Coś panu pokaże - mówi taksówkarz. - Niech pan się przyjrzy sowieckiej stronie.
- A co tam jest?
- No chyba widać. Przecież partyzantka trzyma żołnierza za za rozporek.
- Co?!
- Panie jak go odsłonią, to tego, co to projektował, na sto procent rozstrzelają.
Otakar Svec wraca do pracowni i tam popełnia samobójstwo.

Nie chce psuć zabawy z odkrywania tak nieodległej historii naszych południowych sąsiadów, bo warto ich kojarzyć nie tylko z czeską komedią, krecikiem i wojakiem Szwejkiem.

czwartek, 19 listopada 2015

Dziennik - Jerzy Pilch

Mam kilku takich pisarzy, których potrafię rozpoznać po przeczytaniu jednego no może dwóch zdań. Bez wątpienia jest nim Jerzy Pilch. W jego pracach wyczuwa się taką specyficzną nonszalancję, takiego intelektualisty, co z każdego garnka już jadł i do niemal każdego kieliszka zaglądał, a do tego ma dystans, do tego co mówi, czy piszę. Trochę zrzędzi, trochę narzeka, ale jak się przekroczyło sześćdziesiątkę i ma objawy parkinsona to wolno.  


"Dziennik" Jerzego Pilcha to nie jest moje pierwsze spotkanie z tym autorem i na pewno nie ostanie. Pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczytywałem się w jego felietonach na łamach tygodnika "Polityka", potem w ręce wpadła mi książka "Spis cudzołożnic", przeczytałem raptem kilkadziesiąt stron, nie wciągnęła mnie, odłożyłem. Kilka lat później przeczytałem "Tezy o głupocie, piciu i umieraniu" i pokochałem ten styl. Za każdym razem jest to ta sama opowieść o dojrzałym mężczyźnie kochającym życie, ale w tym życiu zagubionym. Nie ważne czy chodzi o alkohol, kobiety, pieniądze czy politykę to wciąż ta sama osoba. Intelektualista, bawidamek, alkoholik ale cholernie inteligentny i spostrzegawczy. Chce się doświadczać tego co przeżywa, czy dotyczy to rynsztoka czy kultury wysokich lotów.
To wszystko można odnaleźć w "Dzienniku" spisywanym każdego dnia od 21 grudnia 2009 do 21 listopada 2011 roku. Z tymi dziennym wpisami to trochę bujda, bardzo często myśl zaczyna się jednego dnia a kończy drugiego, poza tym są to przemyślenia kilku zdaniowe, przerywane dla potrzymania dramaturgi. Jest sporo o piłce nożnej z uwzględnieniem ukochanego klubu Cracovii, którego to nie chce znać, a jednak co tydzień wybiera się na stadion by dopingować tych patałachów. Bardzo dużo rozważań na tematy polityczne, trochę narzekań na znajomych i przyjaciół, całkiem sporo komentarzy na tematy religijne. Jerzy Pilch to luteranin z Wisły, jest z tego dumny, jak sam twierdzi do Boga ma daleko, ale są mu bliskie protestanckie wartości.
Najwięcej jednak jest tu przemyśleń o literaturze i jej twórcach. Jerzy Pilch dużo czyta i często wraca do lektur przeczytanych, z mijającymi latami odkrywa je na nowo.
Mnie osobiście przypadł do gustu komentarz na temat "Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego, który cytuje poniżej:

8 marca 2010

(...) cała ta nadmierność dyskusji wokół "non-fiction" dosyć mnie zraża. Czy wszystko zostało powiedziane, nie wiem, szczerze mówiąc, wątpię, wszystkiego, jak na razie, nie powiedział nawet Pan Bóg. Bredni padło jednak sporo.
(...) swoją drogą ci mądrale, co twierdzą, że od dawna wiedzieli: Kapuściński kreował, nie był realistą - specjalnie śmieszni. Odkąd kreacja wyklucza realizm? Niewątpliwie od kiedy nie lada głowy biorą się do rozstrzygania tak wstrząsającego problemu z zakresu sztuki układania słów.


poniedziałek, 16 listopada 2015

Nocni wędrowcy

Do każdego kolejnego wpisu na tym blogu staram się znaleźć klucz, staram się czytać to co lubię, ale bardzo często, gdy już coś czytam, robię to w jakimś kontekście. Sięgam po książki bo czegoś mi brakuje bądź jestem pochłonięty jakimś tematem, bywa i tak że podświadomość podsuwa mi kolejną książkę. 
Po "Nocnych wędrowców" Wojciecha Jagielskiego sięgnąłem z sympatii do tego autora. Los chciał że gdy książka do mnie dotarła urodziła się moja córka, Zosia. Pojawiła się około 6 tygodni za wcześnie i kilka tygodni wraz z mamą spędziła w szpitalu. Ja natomiast wieczorami zaszywałem się w pokoju i pochłaniałem kolejne strony opowieści.


Poprzednie książki Wojciecha Jagielskiego opowiadały o wojnie w Afganistanie, o konfliktach etnicznych na Zakaukaziu. Były to wojny dorosłych, co prawda gdzieś w cieniu przemycał historię kobiet i dzieci, ale tylko jako tło, dopełnienie opowieści. 
Tym razem jesteśmy w Afryce, w samym jej centrum, Ugandzie. Tytułowi Nocni Wędrowcy to grupy malców, chroniące się nocą w mieście przed atakami swoich rozmiłowanych w zabójstwach rówieśników, to opowieść o dzieciach (z plemienia Aczolich) zasilających Bożą Armię (stworzoną przez Josepha Kony'ego), stanowiącą jedyne chyba na świecie wojsko dzieci, walczące z dorosłymi i dokonujące zbrodni i okrucieństw, na jakie dorośli by się nie poważyli. Dorośli bez słowa ustępują im pola. Uganda Jagielskiego to kraj, w którym żołnierz nie waha się strzelać do pięcioletniego chłopca, bo wie, że nie jest to już niewinne stworzenie, tylko zimny, wyrachowany zabójca, tym gorszy, że niedorosły.

(...) po jakimś czasie i odpowiednim przyuczeniu uważają wojnę za rozrywkę, za grę, w którą bawiły się lub bawiłyby się na podwórkach i szkolnych dziedzińcach. Nie czują strachu przed śmiercią - własną ani cudzą - bo, w przeciwieństwie do dorosłych, nie myślą o niej. Nie boją się, bo zdążyły przeżyć tak niewiele, tak niewiele poznały, tak niewiele mają do stracenia. Brak im doświadczeń, zamierzeń i marzeń, zobowiązań i obowiązków.

Nie macie już innej drogi. W waszych wioskach i domach nikt już was nie przyjmie - mówili - Nikt już was tam nie chce, nie czeka, nikt nie będzie kochał. Zabiliście, a zabójców się przeklina. Ale nie wolno wam uciekać ani płakać.Radujcie się, bo oto zostaliście żołnierzami Bożej Armii.

... J. Kony

To również opowieść o roli dziennikarza, wysłanego w miejsce zapomniane przez Boga. O jego bezsilności. Rozpaczy. Czy kilka słów wysłanych w prasowej korespondencji ma jakiekolwiek znaczenie, czy wpłynie na życie ludzi tu spotkanych, czy ulży im w cierpieniu. Czy reporter powinien być obiektywny gdy spotyka zło które nie można opisać słowami. Autor pozostawia nas bez odpowiedzi.

"Nocni wędrowcy" to nie do końca reportaż to lekko fabularyzowana opowieść, nie wiemy czy spotkani bohaterowie są realni, czy to może tylko duchy których wiele jest w Afryce. Autor wraca w te same miejsca, ale już nie może spotkać swego przewodnika Jacksona. Jest jednak obóz i są dzieci, niegdyś żołnierze Bożej Armii, dziś biegają po placu i bawią się.

niedziela, 15 listopada 2015

Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie

Pięć razy w tygodniu o 6:05 po szybko wypitej kawie wrzucam na siebie rowerową kurtkę w kolorze dojrzałej pomarańczy, czarny jak węgiel kask i pędzę 10 km do pracy. Trzydzieści pięć minut, tyle trwa mój czas z radiem, tak, najczęściej słucham radia, mam na swoim smartphonie aplikację Tunein Radio i tak sobie słucham. Problemy zaczynają się między 3 km a 5 km  gdzie zanika mój zasięg i zapada cisza a do tego jest ciemno jak...
Rozwiązaniem jest audiobook, w ten sposób rekompensuje sobie zaległości w lekturze. Wyobraźcie sobie teraz moją radość gdy mogłem połączyć miłość do radia i książek. Marek Niedźwiecki, ten Marek z radiowej trójki, wydał w wersji audio swoje wspomnienia "Radiota, czyli skąd biorą się Niedźwiedzie".




Marek Niedźwiecki to pasjonata jego życie to radio, będąc już nastolatkiem wiedział co chce robić i kim chce być. Chciał pracować w radiu i być radiotą. O tym jest książka, jak z małego Sadku (z tej miejscowości pochodzi nasz bohater), poprzez studia i pracę w Łodzi trafił do Warszawy i Polskiego Radia 3. Cudowne jest to że całej historii towarzyszy głos Marka Niedźwieckiego to on opowiada swoje perypetie. 
Nie znajdziemy tu nic niezwykłego krok po kroku spełniają się młodzieńcze marzenia naszego bohatera. Opowiada o swojej rodzinie, przyjaciołach, pracy w studenckim radiu Żak o okolicznościach przejścia do PR 3 (był to rok 1982 początek stan wojennego w Polsce), jak po przez korespondencje z rówieśnikami z innych krajów uczył się języków, o tym jak pierwszy raz wyjechał zagranicę a potem za ocean, trochę o fanach i psychofanach, występach w telewizji itd itp...
Ciągnie tą swoją opowieść pojawiają się nowe postacie Wojtek Man , Miecugow, Atlas, Turski, Olejnik a my tak słuchamy i słuchamy bez końca. Każda książka ma jednak swój koniec tu jest to koniec całkiem otwarty i pomimo że Marek Niedzwiecki jest osobą skrytą, bez wątpienie będzie kontynuacja tych wspomnień bo przecież nie może być inaczej.

Marek Niedźwiecki to zadowolony z siebie perfekcjonista, który żyje swoją pasją to co robi, robi na 100%, a marzenia ma po to by je spełniać.

sobota, 14 listopada 2015

Rwący nurt historii

Brak mi słów... by opisać jak mieszane mam uczucia w związku z wczorajszymi wydarzeniami. Wiem natomiast co nas czeka w najbliższych dniach złość, pogarda, nienawiść i rozpacz do tego dojdzie bezsilność. Bo na kogo mamy skierować naszą frustrację na to co się wydarzyło w piątek 13-tego w Paryżu. W zamachach terrorystycznych zginęło ponad 120 osób. My siedząc na ciepłych kanapach pochłonięci byliśmy kolejnymi golami Roberta Lewandowskiego w meczu z Islandią, a tam umierali ludzie. Kto do nich strzelał, kto detonował bomby, kto w końcu umierał. Idąc na łatwiznę można by rzec kolejna grupa islamistów zabija przedstawicieli naszej zachodnio-europejskiej cywilizacji. Nie znam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie wiem również kto miał zaszczyt umierać jako statystyczny przedstawiciel naszej kultury, ilu było chrześcijan, żydów, muzułmanów bądź ateistów. Nie wiem również ile było kobiet i dzieci, ile gejów i heteroseksualistów, bo wobec śmierci wszyscy są równi. I tych co pociągnęli za spust też nie ma.
Blog ten jest o książkach. Czytając uczymy się i rozumiemy nieco lepiej otaczający nas świat. Szukamy odpowiedzi, często są udzielane wprost: białe-czarne, dobry-zły. Zdarza się i tak, że gubimy się w tych kolorach i odcieniach szarości.


Po książkę Ryszarda Kapuścińskiego "Rwący nurt historii" sięgam właśnie w takich chwilach, gdy pragnę zrozumieć. Kapuściński jak nikt inny rozumie człowieka. Szczególnie człowieka z pogranicza cywilizacji, zagubionego i samotnego. Jest to praca nietypowa już przez sam fakt że została wydana po śmierci autora. Jest to zbiór wypowiedzi, przemyśleń, wywiadów o wydarzeniach w jakich przyszło mu żyć, jak nosi pod tytuł książki są to zapiski o XX i XXI wieku. 
Jeden z rozdziałów nosi tytuł "Żyć w ummie. Islam". Krok po kroku zebrano wypowiedzi autora o jego pierwszym spotkaniu z islamem, kiedy to mówi że nie ma jednego islamu. Rozróżnia islam "pustyni" i "rzeki". Pierwszy jest wojujący nastawiony na przetrwanie, drugi natomiast to liberalny skupiony w wielkich miastach gdzie kwitnie kultura (Kair, Bagdad, Damaszek, Istambuł). Przedstawia pokrótce różnice kulturowe (islam to wszystko, to prawo, to szariat) i narodziny małych grup sekt w obrębie islamu np. asasynów (taki odpowiednik europejskich krzyżowców). Mówi o doświadczeniach w pierwszych kontaktach wyznawców obu religii o powstrzymaniu fali arabskiej przez Karola Młota a potem tureckiej przez Jana III Sobieskiego pod Wiedniem. Jest trochę o kolonializmie, eksploatowaniu złóż ropy naftowej jak i innych surowców. Daje do zrozumienia że ani my ani oni nie mamy dobrych doświadczeń, a do tego dochodzi telewizja.

Trzeba pamiętać, że nasz stosunek do islamu kształtuje siła wielkich sieci telewizyjnych. Na ogół więc nie mamy własnego poglądu, własnej wiedzy - korzystamy z pośrednictwa tych kanałów informacji. Ponieważ sieci owe mają za zadanie kształtować nieufność w stosunku do świata muzułmańskiego, nasz punkt widzenia naznaczony jest stronniczością. Dyskutujemy więc zazwyczaj, dysponując jedynie zmanipulowaną porcją informacji, którą daje się nam do wierzenia. 

Zauważa również że: (...) islam, w przeciwieństwie do innych religii, skutecznie opiera się procesom sekularyzacyjnym. Właśnie to niepokoi zachodnich politologów i socjologów. Samuel Huntington krytykuje swoich rodaków, którzy mylili "westernizację" z modernizacją. Amerykanie myśleli, że jeżeli da się innym coca-colę, telewizor i samochód, to obdarowani staną się podobni do Amerykanów. Tak się jednak nie dzieje - mieszkańcy krajów islamskich przyjmują zachodnią technologię, ale nie przyswajają sobie zachodnich wartości.



Pamiętam, jak kiedyś w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zobaczyłem młodą dziewczynę. Widok niesamowity - była Arabką, miała może szesnaście-siedemnaście lat, zgrabna, w obcisłych dżinsach, bluzeczce i... z czarczafem na głowie! Muzułmańska kobieta musi nosić chustę, bo Koran mówi, że włosy stanowią źródło podniety, więc kobieta nie może ich pokazywać. Obyczajów religijnych, które współistnieją z nowoczesnością, jest znacznie więcej.

Kończy swoje rozważania stwierdzeniem: Czy tego chcemy, czy nie, musimy się pogodzić z faktem, że żyjemy w świecie wielokulturowym, który będzie się stawał jeszcze bardziej różnorodny. Dzisiaj nie da się już pozostawać w kulturowej izolacji. Naszym zadaniem jest więc znalezienie sobie w tym świecie miejsca, a pierwszą zasadą owego poszukiwania jest zasada tolerancji, uznania, że - jak mówił Bronisław Malinowski - nie ma kultur wyższych i niższych. Zasadzie tolerancji musi towarzyszyć poznawcza ciekawość - musimy zdobyć elementarną wiedzę o kulturze islamu - i życzliwość. Taka postawa nie jest jedynie odruchem dobrego serca, ale od niej zależy sam byt naszej cywilizacji, w tym naszego kraju.

Większość wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego zawarta w tym rozdziale pochodzi z roku 1998, dziś mamy 2015, ciekawe jak wielu z nas myśli podobnie.