Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Obwód głowy

Mija miesiąc jak siedzimy w domu, prawdopodobnie kolejne trzy przed nami. Powoli godzimy się z faktem kolejnych dni w domowych pieleszach. Jest szansa na krótką refleksją nad tym dokąd zmierzamy i gdzie się tak spieszymy.  Wreszcie mamy czas na wspólne czytanie oglądanie i słuchanie muzyki. Dziś kilka zdań na temat Obwodu głowy Włodzimierza Nowaka.



Książka przeleżała u mnie kilka ładnych lat. Zbiór dwunastu reportaży z przełomu wieku dotyczących polsko-niemieckiego pogranicza. Każdy dotykający nieco innej perspektywy. Mamy historie powojennych przesiedleńców, tych z polskiej i niemieckiej strony, losów polskich dzieci odebranych matką przez nazistów. Mamy bardzo ciekawy reportaż o belgijskim żołnierzu Wermachtu  tłumiącym powstanie warszawskie, a także o Niemcu Manfredzie, który uciekł do polskiej partyzantki. Nie obyło się również od tematów bardzie współczesnych małych biznesach na pograniczu, czy Uniwersytetu Europejskiego z Viadrina kształcącego przyszłych mecenasów prawa polskiego i niemieckiego. Widzimy również upadek muru berlińskiego oczami pani Mohs przedstawicielki wschodnio-niemieckich Ossi. 
Czytając te historie łapie się odpowiednią perspektywę. Świat nie jest czarno biały. Nie ma zwycięzców i pokonanych. Nic w tych reportażach nie jest narzucone, nie wskazują drogi jaką należało by podążać, ani nie wytykają decyzji bohaterów. Opisują jedynie wydarzenia które miały miejsce. Dają materiał do przemyśleń nad nami samymi. Gorąco polecam ten zbiór, jedna z najlepszych pozycji non-fition jaką miałem w reku.

piątek, 20 grudnia 2019

Halo tato reportaże o dobrym ojcostwie

Halo tato trafiło do mnie całkiem przypadkowo. Reportaż o ojcostwie działał na moją wyobraźnie jak by na to nie patrzeć sam jestem tatą cudownej dziesięciolatki. Dodatkowy atut, przedświąteczna promocja za około 9 złotych, grzech nie brać. 


Otworzyłem pierwszą stronę i pomimo kolejki tytułów do przeczytania wciągnąłem się w lekturę. Poruszająca historia samotnego ojca z podkarpackiej wsi, czy rodziny borykającej się  z astygmatyzmem syna ruszają za serce. Krakowska grupa wsparcia dla ojców i ich doświadczenia  związane z rodzicielstwem z mojego punktu widzenia były najbardziej interesujące.

Przez większą część życia moja opinia o sobie zależała od innych Wiedziałem, że zrobiłem coś dobrze, dopiero wtedy, kiedy mnie pochwalono. Negatywna opinia, nawet pojedyncza, odbierała mi dobre zdanie o sobie.

Reportaże są przeplatane rozmowami z psychologiem Jackiem Santorskim i z nauczycielem Jarosławem Szulskim. Obie przedstawiają ciekawy punkt widzenia na ojcostwo. Pierwsza to tradycyjna konserwatywna rola w rodzinie, druga koleżeńska (sam rozmówca jeszcze nie jest ojcem). Łączy je wspólny obraz Matki Polki.

... dziewczyna gra na skrzypcach w szkolnym przedstawieniu i w pewnym momencie pęka struna. Matka Polka powie: "Złośliwa Kowalska uszkodziła wcześniej struny!". Matka Żydówka: "Tyleśmy się napracowały i teraz ta struna pękła". A matka Amerykanka: "Wow, skończyć koncert na jednej strunie! New experance!"...

Kończąc lekturę miałem mały dyskomfort, wrażenie że książka powstała na zamówienie. Ojcostwo było tylko pretekstem by sprzedać mi pewne koncepcje wychowawcze. Słowo tata mógłby zastąpić każdy inny wyraz dziadek, wujek, ciocia, babcia, mama, przyjaciel itd.  Pomimo pewnego niedosytu polecam książkę wiele przydatnych informacji popartych ciekawymi historiami.

sobota, 30 listopada 2019

Jeszcze dzień życia

Jeszcze dzień życia to jedna z tych książek Kapuścińskiego którą odpuściłem. Po Hebanie który był takim podsumowaniem podróży po Afryce zakodowałem sobie w głowie że poprzednie publikacje to tylko mniej istotne preludium do końcowego efektu jakim był Heban




Zacznijmy od początku. Pewnie nie przeczytał bym tej książki gdyby nie Polsko-hiszpańska filmowa adaptacja książki. Nie miałem okazji obejrzeć animacji w kinie ale będąc w Polsce zaopatrzyłem się w kopie DVD. Grzecznie odłożyłem na półkę i sięgnąłem po nią w zeszły weekend gdy tylko skończyłem książkę. 
Nie nazwał bym filmu wierną kopią ale prawie idealną interpretacją reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Angola rok 1975. Kraj za chwilę ogłosi niepodległość. Z byłej koloni wycofują się Portugalczycy. Nie oznacza to jednak pokoju wybucha wojna domowa. Każda z frakcji ma swoich cichych wielbicieli. Ryszard Kapuściński przybywa do kraju na kilka tygodni przed uzyskaniem niepodległości (notabene 11 listopada).  Widzi upadek kraju pogrążającego się w odmętach wojny. Udaje się na pierwszą linię frontu widzi bezsens ponoszonych ofiar, che być bezstronny ale nie potrafi być bierny. Książka ta to nie chłodny opis wydarzeń w Angoli. Kapuścińskiego targają emocje, obrazy które widzi każdego dnia nie pozwalają mu normalnie funkcjonować. Na swojej drodze napotyka ludzi niepewnych jutra wdzięcznych za kolejny dzień życia. Zdolnych do miłości ale również strasznych rzeczy. 
Jeszcze jeden dzień nie jest typowym reportażem. Autor nie jest do końca bezstronny, a jego podróż przez kraj pogrążony w wojnie domowej do nie relacja ale doświadczenie na wyciągnięcie ręki. Z krwi i kości. Niczym w sensacyjnej powieści.
Jeszcze dzień życia to nie preludium do Hebanu. To krew i pot. Brak nadziei na lepsze jutro. Wojna w Angoli trwała do roku 2002. Pochłonęła milion ofiar. 

środa, 24 lipca 2019

Urobieni. Reportaże o pracy

Z książką Marka Szymaniaka mam problem. Niewątpliwie zbiór jego reportaży dotyczy problematyki dotykającej każdego z nas. Praca determinuje jakoś naszego życia. Ma wpływ na nas i naszych najbliższych. Jest środkiem do realizacji naszych marzeń a przede wszystkim zabezpieczenia codziennej egzystencji.



Urobieni. Reportaże o pracy to zbiór kilkunastu historii zebranych z ostatniego ćwierćwiecza. Przemiany ustrojowe roku 1989 i podjęte wówczas decyzję (wprowadzenie systemu neoliberalnego) przez kolejne lata ukształtowały nową grupę społeczną pracowników na umowach śmieciowych bez stałego etatu. Przez długie lata rynek kształtował pracodawca. To on decydował i tworzył zasady (nie koniecznie zgodne z polskim prawodawstwem), zatrudniał i zwalniał pod byle pretekstem. 
Kolejne strony to kolejne historie z różnych dziedzin gospodarki. Pracownicy call center którzy wyzbywają się swojej ludzkiej empatii by słupki sprzedaży rosły, manipulowani przez swoich przełożonych w taki sposób by nigdy nie osiągał nałożonych norm. Pracownicy nowoczesnych fabryk o nakładanych na nich nierealnych celach i zadaniach, wyrzuci z energii odstawiani na boczny tor. Emigracji ze wschodu pracujący w nieludzkich warunkach za minimalne stawki. Są tu też pracownicy korporacji którzy przez wiele lat manipulowani i drenowani z pomysłów decydują się na własny biznes. Autor również kontaktuję się z nową falą emigracji polskiej pracujących w zachodniej europie. Konfrontuje ich doświadczenia i opisuje historie ich wyjazdu. 
W tym miejscu muszę na chwilę przystanąć. Każda z tych opowieści jest interesująca i rusza za serce. Szczególnie te które kończą się śmiercią. Mam wrażenie że jest ich tyle, że całości brakuje spójności tematu przewodniego. Brakuje mi kierunku w jakim to wszystko zmierza. Ot kilkanaście historii rodzin które dotknęła transformacja roku 1989. Poruszające, ciekawe, ale czegoś mi tu brakuje. Mimo tego polecam.

czwartek, 11 lipca 2019

Fotografie które nie zmieniły świata

Album Fotografie które nie zmieniły Świata przeglądam już od kilku miesięcy. Za każdym razem odkrywając nowe treści, ukryte przekazy. Zazwyczaj przeglądając tego typu publikacje zachwycamy się nad warsztatem i pięknem kolejnych prac u Krzysztofa Millera bywa różnie.


Przede wszystkim liczy się kontekst. Miejsce i sytuacja wydarzenia. Podążamy z autorem w kolejne mniej lub bardziej egzotyczne obszary świat. Motywem przewodnim w pracy Krzysztofa Millera jest wojna. Człowiek kontra sytuacje ekstremalne. Śmierć, ból, nieszczęście ale również radość.


Fotografie z Afganistanu, Czeczeni, Gruzji, Bośni czy państw afrykańskich znane nam są z pierwszych stron gazet. Mogą się podobać ale przede wszystkim poruszają. Opatrzone są autorskim komentarzem są zbiorem opowieści o doświadczeniach na granicy emocjonalnej wytrzymałości i próbie przezwyciężenia związanej z nimi traumy.


Album nie jest ułożony spójnie, chronologicznie. Ma być chaosem i chaos tego świata pisać. Na jednej stronie jesteśmy pod ostrzałem w Czeczeni by na kolejnych wsiąść udział w pielgrzymce do Częstochowy (zdjęcie powyżej). W innym miejscu znajdujemy się w afrykańskim obozie dla uchodźców by na kolejnej stronie zrobić sobie przerwę na papieroska.


Krzysztof Miller nie był portrecistą sam swoją fotografię nazywał socjologiczną. Robił zdjęcia bohaterom pierwszych stron gazet ale nie nazywał tych prac portretami. Były one spontaniczne uchwycający dany moment, wydarzenie.


Ulubiona ogniskowa 35mm. Aparat w Leica M8. Aparat do pracy Nikon. Zmarł w 2017. Przegrał z depresją.


Wojciech Jagielski w posłowiu napisał:  Kiedy odszedł, przypomniała mi się ta jego fotografia z południa Sudanu i niewidoczna na niej rzeka, która podmywając korzenie drzewa, odbierała mu nieuchronnie życie kawałek po kawałku.


Polecam, książka ta, to coś więcej niż album.

czwartek, 12 lipca 2018

Na wschód od zachodu

Usiadłem wygodnie przy biurku i spoglądam na najnowszą książkę Wojciecha Jagielskiego, przeczytaną i odłożoną na półkę kilka tygodni temu. Tym razem brakowało uczucia mrowienia kartkując kolejne strony. Egzotyczna podróż na wschód do mitycznych, bajkowych Indii okazała się podróżą wgłąb nas samych. Zagubionych podróżników poszukujących celu i sensu życia.



Czytając o watażkach w dalekim Afganistanie, konfliktach plemiennych na Zakaukaziu, czy życiu codziennym mieszkańców trzeciego świata, miało się wrażenie podróży do świata poza otaczającą nas rzeczywistością. Kontakt z normalnością czasu wyjątkowego, czasu wojny, biedy, głodu. Czasu pogardy do życia ale i braterstwa broni, celu w świecie bez pozornie bez nadziei.
Wojciech Jagielski podążył tym razem wielkim szlakiem hipisów. Niby wciąż przemierza Iran, Pakistan, Afganistan czy Indie, ale spogląda na nie innymi oczyma, oczyma człowieka zachodu. Wychowanego w dostatku, otoczonymi mniej czy bardziej potrzebnymi przedmiotami, którego celem jest dostanie życie i zaspokajanie własnych potrzeb.
W swojej książce konfrontuje wyobrażenia i wizję przybyszów z zachodu, z tym co napotykają na swojej drodze. Okazuje się, że uciekając przed cywilizacją zachodu docierają w miejsce gdzie jej kult jest coraz bardziej rozpowszechniony. Napotykają na brak zrozumienia. Tubylcy traktują ich  jak kolejne źródło dochodu. Miejsca do których pielgrzymują stają się atrakcjami turystycznym. Wartości które im przyświecały rozmywają się z czasem, byli hipisi stają się przedsiębiorcami, bądź starymi dziwakami zapomnianymi przez świat. W poszukiwaniu oświecenia zapominają o innych równie ważnych kwestiach. Smutna to historia. Poszukiwacze mądrości wschodu docierają w miejsce gdzie wiedza ta staje się  deficytowa a jej szczątki to tylko przykrywka dochodowego interesu. Pieniądz definiuje jednostkę, a kapitalizm w tym miejscu ma swój najczarniejszy obraz. Na wschód od zachodu intryguje i zmusza do refleksji nad sensem życia. Zadaje kilka fundamentalnych pytań i uzmysławia niedorzeczność podejmowanych decyzji. Odczuwa się zagubienie człowiek w ciągle zmieniającym się świecie. Warto na chwilę przystanąć i choć przez chwilę się nad tym zastanowić.

wtorek, 19 czerwca 2018

Wojna futbolowa

Zasiadłem nad klawiaturą komputera pełen emocji, jeszcze kilkadziesiąt minut temu z wypiekami na twarzy przeżywałem pierwsze spotkanie reprezentacji Polski. Senegal niczym specjalnym nas nie zaskoczył. Solidna drużyna do której uśmiechnęło się szczęście, dwie bramki z czapy trochę siłowej gry słabszy dzień polaków i kończymy pierwsze spotkanie w Rosji wynikiem 1:2. Przykro. Zabrakło determinacji, szczęścia i chyba wiary w zwycięstwo. Bogowie futbolu przychylnym okiem spojrzeli na przeciwnika, a my po raz kolejny będziemy grać o wszystko w kolejnych dwóch spotkaniach.




Potrzebowałem resetu. Sięgnąłem na półkę by po raz kolejny po obcować z z literaturą faktu z pod pióra Ryszarda Kapuścińskiego. Nim dotarłem do tytułowego reportażu oczom moim ukazała się dość nietypowa modlitwa jednego z wodzów afrykańskich:

Boże!
Mimo tylu modlitw do Cibie ciągle przegrywamy nasze wojny. Jutro znowu będziemy walczyć w bitwie, która jest naprawdę wielka. Ze wszystkich sił potrzebujemy Twojej pomocy i dlatego muszę Ci coś powiedzieć: ta jutrzejsza bitwa to będzie ciężka sprawa. Nie będzie w niej miejsca dla dzieci. Dlatego proszę Cię, nie przysyłaj nam na pomoc Twojego Syna. Przybądź Sam.

W jednej chwili pomyślałem o naszej drużynie. Przestańcie oglądać się na przeciwników. Wasza siła leży w was. Wstańcie i wygrajcie kolejne dwa mecze, macie umiejętności i siłę by tego dokonać.
Wracając do reportażu Wojna futbolowa. Piłka nożna w brew pozorom nie jest tylko grą zespołową, jest wentylem prze który spoglądamy na świat. Nasze kompleksy wciągu kilku minut potrafią brać górę nad dumą narodową. Bohater staje się zdrajcą, a zapomniany i nikomu nieznany kopacz, piłkarskim bogiem. Przegrany, czy wygrany mecz może być przyczynkiem do wzrostu gospodarczego, ale również do wojny. Ryszard Kapuściński opowiada nam taką historię. W roku 1969 doszło do spotkań drużyn z ameryki łacińskiej, Hondurasem a Salvadorem. Oba te mecze  w kolejnych dniach i tygodniach były pretekstem do wybuchu wojny między tymi państwami. A zaczęło się od rozruchów na stadionie. Nasz reporter dzień po dniu relacjonuje przebieg wydarzeń. Los chciał, że stał się cichym uczestnikiem tej wojny i korespondentem z pierwszej linii ognia.
W Ameryce Łacińskiej, granica między futbolem a polityką jest niezmiernie wąska. Długa jest lista rządów, które upadły lub zostały obalone przez wojsko, ponieważ drużyna  narodowa poniosła porażkę. Przykładem może być Brazylia, w której junta wojskowa po zdobyciu przez piłkarzy mistrzostwa zapewniła sobie spokojne rządy przez kolejne lata.
W Polsce choć bardzo kochamy futbol obudzimy się jutro rano, lekko skacowani, początkowo naburmuszeni postawą naszej reprezentacji, z upływem dnia  na naszych ustach pojawi się uśmiech i słowa: Polacy nic się nie stało...

sobota, 14 kwietnia 2018

1956 Przebudzeni

Coraz więcej książek trafia na moje półki, część z nich musi swoje odleżeć nim po nie sięgnę, w przypadku pozycji Piotra Bojarskiego otworzyłem pierwszą stronę i pozostałem na dłużej.


Jedna z księgarni internetowych miała promocję. Cena atrakcyjna, a ja byłem już po lekturze 1945 Wojna i PokóMałgorzaty Grzebałkowskiej, myślałem o zakupie 1968 Czasy nadchodzą nowe, zanim to jednak nastąpi postanowiłem sięgnąć po książkę Bojarskiego.
Nie zawiodłem się. Krok po kroku, miesiąc po miesiącu poznajemy wydarzenia roku. Dwanaście reportaży z tego okresu poprzedzają przedrukowane krótkie wycinki z lokalnych gazet. Zaczynamy od okoliczności i kulisy powstania kultowego filmu Kanał reżyserii Andrzeja Wajdy. zaglądamy do ZMP-owskiej gazety Po postu, w której jednym z redaktorów był Jerzy Urban, a współpracował z nią późniejszy opozycjonista i premier Jan Olszewski.
Nie mogło zabraknąć wydarzeń poznańskiego czerwca, ukazanych oczyma pielęgniarki i węgierskiego października z punktu widzenia polskich studentów przebywających w owych dniach w Budapeszcie.
Druga połowa lat pięćdziesiątych to czas odwilży, śmierć Stalina, powrót Gomułki, kolorowej młodzieży na ulicach większych polskich miast, festiwali jazzowych,  rozliczeniowej literatury. a przede wszystkim wolności słowa co prawda kontrolowanej, ale jednak.
Dobrze z dystansu czasu wrócić do owych czasów, aby docenić docenić jaki wpływ miały na dzisiejszą rzeczywistość. Pamiętać o tym, że nic nie jest nam dane na zawsze, tak jak polski 1956 rok, który zakończył się w raz z wiosną 1957. Polecam, ciekawa lektura, wciągająca i poszerzająca wiedzę na temat współczesnej polskiej historii.


niedziela, 25 marca 2018

Martwa dolina

Uzbierało mi się trochę zaległej lektury, w międzyczasie moje półki nabrzmiały kolejnymi pozycjami, puchną również kolejne wersje książek elektronicznych na moim kindlu. Trzeba coś z tym zrobić. Wygrzebałem więc reportaż, a raczej dochodzenie o tajemniczych wydarzeniach w Kamerunie z sierpnia 1986 autorstwa Franka Westermana.


W niewielkiej dolinie w północno-wschodnim Kamerunie, coś zabiło prawie całą ludność zginęły też wszystkie zwierzęta, nawet muchy. Żadnych strat materialnych, żadnych zniszczeń, brak sprawcy, brak motywów. Świat wstrzymał oddech, wysłano naukowców, wojskowych, duchownych i różnej maści wolontariuszy. Teorii było kilka. 
Trzy rozdziały i trzy różne wersje wydarzeń, wszystkie prawdopodobne, dzielące społeczeństwo. Wersja polityczno-naukowa najbardziej racjonalna. Pewnego rodzaju erupcja bliżej nieznanych gazów pochodzenia naturalnego (wulkan, podziemne złoża gazów), czy nieautoryzowane próby z bronią biologiczną ( na miejscu pojawili się izraelscy, francuscy i amerykańscy żołnierze). Obok nich pojawiły się również głosy uwzględniające nadprzyrodzone siły. Pojawili się misjonarze głoszący słowo boże tłumaczący wydarzenia poprzez pryzmat  Biblii. Lokalni mieszkańcy wiązali natomiast ową tragedię z bóstwami zamieszkałymi te ziemie w przeszłości.
Frank Westerman wybiera się do Kamerunu 25 lat po tragedii, dokonać reporterskiego śledztwa jak owe wydarzenia wpłynęły na miejscową ludność i na cały kraj. Niewiele się zmieniło naukowcy do dzisiaj w stu procentach nie są zgodni co spowodowało katastrofę. Miejscowi misjonarze jednak na nowo zyskali oręż w walce o wiernych widząc w tych wydarzeniach znaki. Natomiast miejscowi stworzyli nowe mity, które zaczęły żyć własnym życiem.

Autor ciekawie puentuje wszystkie te teorie:
Myśl, że mity są oparte na faktach historycznych, zagnieździła się w mojej głowie i obracała jak mokry cement w betoniarce. Po jakimś czasie scaliła się w nowy obraz: mitycznego stwora z prawdziwych kości - w tej postaci narzuciła mi się mityczna historia. Nagle wyobraziłem sobie jak powstaje taki stwór. Z luźnych resztek kości rozsiany po polu. Znalezione kawałki układa się razem, krąg po kręgu, potem szczęka, czaszka. Wokół szkieletu zagęszcza się się wyimaginowane ciało, proces trwa wieki. Po tłuszczu i mięśniach pojawiają się skóra, sierść i łuski, pazury, dziób, kolor źrenic. Kiedy mity - ja Ewa powstała z żebra Adama - osiągają własną postać, otrzymują w ramach udoskonalenia serce, moralność. Zdarza się, że się wymykają i zaczynają żyć własnym życiem gdzieś indziej.

Ciekawa to książka. Przedstawia rolę mediów we współczesnym świecie. Ich kreacyjną siłę, która w gruncie rzeczy nie udziela odpowiedzi, a jedynie je mnoży. Ludzie radzą sobie jak mogą wplatając w owe wydarzenia w własne doświadczenia i interpretacje owych. Powstaje więc wiele teorii spiskowych, religijnych objawień itp.
Historia jest lustrzanym odbiciem tego co ma miejsce w Polsce. Tragedia smoleńska, początkowo brana racjonalnie pod lupę obrosła w chwili obecnej w różnego rodzaju maści teorii spiskowych i mitów z nią związanych. Polecam, bo warto. 

niedziela, 25 lutego 2018

Miasto Archipelag

Miasto Archipelag, Polska mniejszych miast pochłonąłem w kilka dni i się zakochałem. Nikt jak Filip Springer do tej pory nie opisał świata byłych małych i średnich miast wojewódzkich, które obecnie tworzą archipelag możliwości, rozczarowań i szans.



Nim autor zasiadł by przelać swoje spostrzeżenia na temat transformacji w byłych miastach wojewódzkich, powstała strona internetowa miastoarchipelag.pl pierwszy w Polsce dokumentalny eksperyment, przyszli czytelnicy wskazywali miejsca i odkrywali ich tajemnice. Filip Springer następnie pakował w plecak aparat i ruszał skonfrontować przekazane mu historie. Jest dobrym słuchaczem i wie jakie pytanie zadać by uzyskać potrzebną nu wiedzę. Mimo marazmu i zastoju odnajduje w ludziach dumę (bywa że nie wprost wyartykułowaną).

 Szliśmy przez centrum, a Łukasz opowiadał, w czym Radom jest lub był najlepszy, albo pierwszy w Polsce. Miałem wrażenie, że gdybym mu nie przerywał, mógłby tak mówić godzinami:
– Ale ten wasz Kochanowski, to jednak trochę tak lubieżnie tam siedzi – powiedziałem, gdy mijaliśmy pomnik Jana z Czarnolasu.
– Wszyscy tak mówią – odparł z przekonaniem. – Ale to tylko dlatego, że on jest tutaj u siebie.

Słowami wielkiego filozofa pochodzącego z Radomia zauważa że:
(...) miasto, jak każde miasto i wieś, w której się rodzimy, to środek świata. Ta przestrzeń niewielka, w której się obracamy, nasze domy, ulice, cmentarze, kościoły, ta przestrzeń wiekami wysiłkiem ludzkim zabudowywana, przez wojny niszczona, odbudowywana, jest centrum świata, do którego wszystkie inne kawałki uniwersum są odniesione, zrelatywizowane. Każdy z nas tak czuje, słowa te wygłosił w swojej mowie w roku 1994 Leszek Kołakowski gdy odbierał tytuł honorowego obywatela miasta Radomia.

Smutno gorzka to książka, tak wiele się zmieniło od roku 1999, kiedy w miejsce 49 pojawiło się 16 województw. Wielu mieszkańców przeniosło sie w inne rejony kraju bądź świata. Fabryki, kopalnie zostały pozamykane. Nowe władze niekoniecznie na nowo przedefiniowały swoje miejsce w nowej rzeczywistości do tego dochodzi nostalgia za przeszłością i brak perspektyw na przyszłość.
Widoczne są również nowe perspektywy, przykład Bielsko-Biała, powracający (nielicznie) młodzi ludzie mający dość obcości wielkich miast z nową wizją swojego miejsca na świecie. Dobra to książka pełna prowincjonalnych niuansów, czyta się szybko, a po jej lekturze pewne przemyślenia pozostają na dłużej. 

środa, 17 stycznia 2018

Międzymorze

Dzisiejszy wpis to pierwszy w tym roku i zarazem łączący obecny z poprzednim. Międzymorze Ziemowita Szczereka ukończyłem czytać na dzień przed Sylwestrem i raczej z tą lekturą się nie śpieszyłem. Sączyłem poszczególne jej elementy, a konkretnie etapy podróży autora po Europie Środkowowschodniej.



W ostatnich latach odżyła idea jakiejś formy zjednoczenia państw Europy Środkowej. Nie jest to pomysł nowy bo podobną propozycje wysnuł już w latach dwudziestych ubiegłego wieku marszałek Piłsudski. Sojusz miałby obejmować słowiańskie (ale nie tylko) kraje między morzem bałtyckim, czarnym i śródziemnomorskim, które łączy wspólna historia i kultura.
Ziemowit Szczerek  stworzył książkę podróżniczą, gdzie kluczowe znaczenie mają intelektualne wycieczki pisarza. Nawiązuje do pewnych stereotypów, które są tylko wprowadzeniem do rozważań. Nie stara się ich obalać po prostu przechodzi obok nich do porządku dziennego. Poznając opinie napotkanych mieszkańców ukazuje konkretne miejsce i sposób jego odbierania. Zauważa, że to co nas łączy w wyobrażeniu zachodniego europejczyka dla nas samych jest cechą nie do przezwyciężenia. Wspólna historia i wydarzenia do dnia dzisiejszego kształtuje nasze podejście do siebie samych. W swoim myśleniu i spostrzeganiu świata jesteśmy niemal identyczny, różni nas jednak kontekst, religia i wpływ sąsiadów (Niemców, Greków, Turków). Małe narody europy środkowej cierpią na kompleks wielkości Polacy, Litwini, Węgrzy, Serbowie, Słowacy, Rumuni, Bułgarzy, czy Rosjanie żyjemy w świecie przeszłości wielkich państw które trzęsły Europą.
Ciekawa jest to książka która uzmysławia nam wiele kwestii. Międzymorze to bardziej stan umysłu niż miejsce w Europie, jest tu wiele wspólnych mianowników, ale również różnic, które nawarstwiały się przez lata. Wszyscy jesteśmy braćmi sławianami z różnych matek i ojców. Małymi krajami z wielkim serduchem, które kiedyś miały swoje pięć minut.
Książkę Ziemowita Szczereka polecam bo przybliża nam świat rozciągający się tuż za naszymi oknami, niby bliski, a taki daleki.

niedziela, 15 października 2017

Poznam sympatycznego Boga

Szperając w wirtualnej bibliotece publio.pl natrafiłem na  Poznam sympatycznego Boga, o ho pomyślałem kolejny zakręcony guru ze swoją wizją świata i zbawienia. Książka jednak umieszczona była w dziale podróże/reportaże a wydawnictwo Carta Blanca specjalizuje się raczej w tego rodzaju pozycjach. Kliknąłem na link, przeczytałem notkę i kilka sekund później zostałem właścicielem książki Erica Weinera.



Przyjemnie czyta się te niezobowiązujące spotkania z przedstawicielami nurtów religijnych które w jakiś sposób zainteresowały autora. Bardzo często są to odłamy nieco odstające od głównego nurtu. Odwiedza na przykład wirujących derwiszy w Turcji (łącza się z Bogiem po przez taniec i śpiew) pokojowo nastawiony odłam islamu. Wybiera się do Indii w poszukiwaniu sensu bytu a odnajduje pasjonatkę zamknięta w domu na górze. Szczęśliwą w całości poświęcona swoim pasją. Buddyzm z pozoru religia bez nadziei: Rodzimy się. Cierpimy. Umieramy. Rodzimy się znów, znów cierpimy, jeszcze raz umieramy i tak dalej, przez bardzo długi czas... Buddyści jednak skupiają sie jedynie na tu i teraz nie rozpamiętują przeszłości i nie spoglądają za daleko w przyszłość. Szukają szczęścia w danej chwili i to im się udaje.
W swoich podróżach nie zapomina o katolikach lądując na kilka tygodni w franciszkańskim klasztorze na Południowym Bronxie w Nowym Jorku. Prowadzą oni noclegownie i przytułek a ich dewizą są słowa zaczerpnięte z ew. św. Mateusza: Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie... (Mt 10,8).
W Las Vegas spotyka Realian którzy wierzą że rodzaj ludzki i wszelkie życie na Ziemi zostały stworzone przez niebywale inteligentną i życzliwą rasę obcych zwaną Elohim. Mają powrócić w roku 2035 a do tego czasu życzą sobie, żeby ludzie po prostu korzystali z życia. Stworzyli nas, abyśmy mogli zażywać przyjemności. Wysoka technologia pozwala im ciągle nas obserwować i od czasu do czasu przekazywać wiadomości za pośrednictwem Ostatniego Proroka.
W Chinach spotyka taoistów z ich yin i yang, przeciwieństwach które wciąż się przyciągają. Potrzebują się nawzajem, nie są w stanie samodzielnie istnieć, tak jak dół nie może istnieć bez góry, a zimno bez ciepła. Oba aspekty są od siebie zależne i sie uzupełniają. W przeciwieństwie do nas europejczyków, Chińczycy wydają się bardziej ulegli ich siłą jest miękkość a nie twardość. Taoiści widzą w miękkości ukrytą siłę. Woda jest miękka i podatna na kształtowanie, ale płynąc przez skały, jest w stanie wydrążyć Wielki Kanion. Otto skuteczność wielkiej siły.
W Stanach Zjednoczonych spotyka się z nurtami New Age z szamanami, czarownicami i neopoganami. Grupę tę cechuje demokracja. Samemu wybiera się bogów i boginie a wybór ten nikogo nie obraża. Bogowie nie są zazdrośni o względy... jeśli jakiś bóg ci nie odpowiada możesz go zwolnić z pracy.
Na koniec wybiera się do Izraela by poznać tajniki kabały. Sam będąc niepraktykującym żydem pamięta że judaizm opiera się na zasadach które prowadzą żyda przez świat za rękę . Bóg jest jak ojciec, który uczy swe dziecko. Widzi, że zamierzamy popełnić głupotę, ale pozwala nam to zrobić, ponieważ mamy wolną wolę. Reguły i zasady są ważne dla dziecka by ten sobie nie zrobił krzywdy ale tylko od niego zależy czy będzie zgodnie z nimi postępował. Na koniec podróży Erica Weinera jeden z jego żydowskich krewnych opowiada dowcip który pozwoli mu spojrzeć na swoje spotkanie z innej perspektywy:

Był sobie żyd. Nazwijmy go Mosze. Pewnego dnia postanowił zostać katolikiem, przychodzi więc do kościoła i mówi:
- Ojcze chciałbym być katolikiem.
- Nie ma problemu - mówi ksiądz, po czym skrapia Moszego wodą i trzy razy powtarza: - Nie jesteś żydem, jesteś katolikiem.
Odsyła go do domu, ale wcześniej ostrzega:
- My katolicy, jemy rybę tylko w piątki, pamiętaj.
Mosze zapewnia, że to żaden problem. niestety, kilka dni później, w środę, nachodzi go straszna ochota na rybę. Nie może się oprzeć, więc wymyka się do knajpki. Tam, nad talerzem z wielkim halibutem, zastaje go ksiądz.
- Mosze! Co ty robisz? Mówiłem że ryby możesz jeść tylko w piątki!
- Ale to nie jest ryba. To marchewka - odpowiada Mosze.
- Co ty wygadujesz! Przecież widzę, że to ryba.
- Nie pokropiłem ją wodą i powiedziałem trzy razy: "Nie jesteś rybą, jesteś marchewką".

Warto poświecić tych kilka wieczorów na lekturę tej książki by spojrzeć na nas samych z trochę innej perspektywy bo o ile świat jest mozaiką różnorodności to my spoglądamy na niego jednak z jakiegoś kulturowego kontekstu i mimo woli go zniekształcamy.


niedziela, 30 kwietnia 2017

Tu byłem. Tony Halik.

Tony Halik był wyjątkową postacią, tyleż prawdziwą co wymyśloną na potrzeby czasów w których żył. Był najczęściej zestrzelanym pilotem II Wojny Światowej, francuskim partyzantem, autorem pierwszego wywiadu z Fidelem Castro, laureatem Pulitzera, prywatnym pilotem Juana Perona i odkrywcą zaginionej stolicy Majów. Ile w tym prawdy? Hmm... nawet po przeczytaniu książki Mirosława Wlekłego nie wiem.



Tu byłem, Tony Halik to na pewno nie laurka wystawiona jednej z najbardziej barwnej postaci prowadzącej najbardziej kolorowy program w ostatniej dekadzie PRL. Pieprz i Wanilia w drugiej połowie lat osiemdziesiątych oglądało w każdą niedzielę blisko 26 mln widzów, do dziś nie pobity rekord (dane są różne mowa też o 18 mln czy już bardziej realna 6 mln).  
Chcę być jak Tony Halik: jeść bycze jądra w zielonym sosie w knajpie dla torreadorów! Bo Tony Halik nie bał się żadnego jedzenia. Nie bał się też żadnego miejsca na świecie; nie bał się kul, dyktatorów, wojska, mafii, kanibali, dzikich zwierząt, wulkanów, SB, sztormów i grzybów halucynogennych. Kochał życie a świat go zachwycał. Czerpał z nich pełnymi garściami.
Biografia świadomie podzielona jest na trzy części. Pierwsza jak dla mnie dość nużąca przedstawia to co każdy sympatyk podróżnika wie. W połowie lat 70-tych spotyka Elżbietę Dzikowską, zostają przyjaciółmi wspólnie tworzą programy podróżnicze ona dla TVP on dla NBC. Przed rokiem 1981 przeprowadza się na stałe do Polski. Współtworzą program Tam gdzie pieprz rośnie. Dowiadujemy się jak Halik lawirował w niuansach PRL-owskiej rzeczywistości. Jak znalazł się na liście współpracowników SB (listy nie podpisał a jego informacje były raczej lakoniczne) z kim się spotykał i przyjaźnił. Sporo tu informacji jak powstawały jego programy, gdzie (willi którą odkupił od pewnego Szweda) i kto mu pomagał w realizacji. Wszystko kończy się w latach 90-tych jego chorobą i coraz mniejszą oglądalnością.
Część druga dotyczy okresu tuż po II wojnie światowej aż do poznania Elżbiety Dzikowskiej, czyli poznania i ślubu z Pierrette (młodej francuski w której domu się ukrywał podczas okupacji), wspólnych podróżach, zamieszkania w Argentynie a potem w Meksyku. Dowiadujemy i konfrontujemy z wiedzą zdobytą przez autora biografii jak wyglądały początki małżeństwa. Gdzie mieszkali, gdzie pracowali i co robili w pierwszych latach po wojnie. Jest tu też sporo o ich podróży przez dwie ameryki opisanej w książce  180 000 kilometrów przygody o narodzinach syna Ozany (niekoniecznie takich jakie podaje Halik). Ciekawym fragmentem są okoliczności podjęcia współpracy z czasopismem Life i telewizją NBC.
Część trzecia jest o tym co Halik pragnąłby przemilczeć, jest tajemnicza koperta od dowódcy francuskiego oddziału partyzanckiego w którym Tony działał i okoliczności jego przystąpienia. Historia niewygodna ale na pewno nie odosobniona w owych czasach. Nim jednak będzie o tajemniczej kopercie poznamy dzieciństwo i historię jego rodzinny (jeden z wujów znał osobiście Henryka Sienkiewicza). Dowiemy się o tragedii jaka spotkała młodego chłopca (śmierć ojca, pojawienie się ojczyma, oddanie na wychowanie krewnym). Materiału jest na niejedną powieść sensacyjną. Poznanie prawdy niemal niemożliwy gdyż nasz bohater uwielbiał konfabulować i ubarwiać swoje historie. Z przedstawionego materiału można jednak wysnuć obraz człowieka samotnego w swojej tajemnicy, ale bardzo pozytywnego podążającego za głosem swojego serca. Podróżował, poznawał nowych ludzi a przede wszystkim robił zdjęcia i filmy z miejsc które odwiedził. W życiu zdarzają się sytuacje że musimy pójść na kompromis, Halik stawiał spełnienie marzeń na pierwszym miejscu. U schyłku życia zapragnął polecieć na księżyc i gdyby nie śmierć pewnie by tego dokonał.



poniedziałek, 17 kwietnia 2017

180 000 kilometrów przygody

Tony Halik to postać barwna, wokół jego osoby krąży wiele ciekawych historii. W roku 2017 doczekał się biografii autorstwa Mirosława Wlekłego Tu byłem. Tony Halik którą w chwili obecnej pochłaniam niczym moja córka wielkanocne jaja. Wieczorami gdy część mojej rodziny spoczywa w objęciach Morfeusza, w przerwach miedzy kolejnymi stronicami biografii Halika sięgam do półki z książkami by po raz kolejny przeżywać w raz autorem jego przygody w Ameryce Południowej. Mowa tu o 180 000 kilometrów przygody po raz pierwszy wydanej w Argentynie w roku 1965.


Wydanie które posiadam pochodzi z roku 2006 i jest na nowo zredagowane przez wieloletnią partnerkę podróżnika, Elżbietę Dzikowską. Książka ta to relacja z wyprawy którą odbył między rokiem 1957 a 1962. W raz żoną Pierrette a potem synem Ozaną (urodził się podczas wyprawy) przeżył wspaniałą przygodę przemierzając najdziksze zakątki obu Ameryk.


Pewnego dnia jedząc kolację z przyjaciółmi w swoim domu w Buenos Aires ni stąd ni zowąd postanowił wyruszyć w podróż swoim Jeepem do Alaski. Jak postanowił tak i zrobił. Bez mała pięcioletnią podróż opisując w swojej książce, która jest tylko wycinkiem tego co go spotkało w lasach amazonki, na peruwiańskich górach starej Inkaskiej cywilizacji czy równinie meksykańskiej gdzie niegdyś istniały starożytne państwa miasta Majów. Resztki tych dawnych kultur opisuje, fotografuje a także dokumentuje za pomocą swojej starej kamery.
Tony Halik to gawędziarz który godzinami może snuć swoje opowiadania. Nie inaczej jest w książce opisuje swoje spotkania z poszukiwaczami złota, dzikimi plemionami łowców głów, czy też walkę na śmierć i życie z pewnym amazońskim jaguarem. Odwiedza starożytne miasta, pali fajki pokoju z plemiennymi wodzami czy dokumentuje wyczyny ludzi ptaków gotowych umrzeć gdy taka będzie wola boskiego stwórcy i dawnego azteckiego boga deszczu, Tlalocka.
Świetna przygodowo-awanturnicza pozycja z elementami reportażu, pięknie wydana z mnóstwem fotografii ukazującym świat którego już nie ma. Warto zaopatrzyć swoją biblioteczkę i od czasu do czasu sięgać po książkę by podziwiać świat który odchodzi do lamusa.
Do wielu z tych przygód Halik powracał w swoim programie z cyklu Pieprz i Wanilia nadawanym w TVP w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Ps. Ja natomiast ponownie zasiadam nad biografią Halika...

środa, 22 lutego 2017

1945 Wojna i pokój.

Po książkę Magdaleny Grzebałkowskiej sięgnąłem z rocznym poślizgiem. Miałem ją już w koszyku w grudniu 2015 potem w lutym 2016 ale zakup odłożyłem. Za trzecim razem (grudzień 2016) nie myśląc za dużo książkę nabyłem i cieszę się z tej decyzji. 




Dla wielu polskich rodzin rok 1945 nie jest rokiem zwycięstwa i pokoju. Dla większości był to rok lęku o przyszłość, masowych przesiedleń i zbrojnych bojówek różnorakich maści poukrywanych w lasach. Przede wszystkim był to rok pogardy. Pogardy okazanej wszystkim którzy mieli okazje pamiętać ten rok.
Będąc szczenięciem uczono mnie że druga wojna światowa skończyła się w Europie w maju 1945 gdy Hitler popełnił samobójstwo w swoim bunkrze w raz z Ewą Braun. Prawda jest taka że ciągnęła się jeszcze przez długie miesiące a nawet lata (żołnierze wyklęci czy ukraińscy bojownicy UPA), ludzie tracili swoje domy i dobytek na długo po zakończeniu działań wojennych. Przerzucano ich z jednego miejsca na drugie, traktowano jako darmową siłę roboczą władzę oddawano w ręce ludzi silnych o nie do końca dobrym kręgosłupie moralnym. Wszędzie roiło się od szabrowników i złodziei na których początkowo przymykano oko (sprawiedliwość dziejowa). W wielkim skrócie o tym jest książka Małgorzaty Grzebałkowskiej.
Autorka dokonała tytanicznej pracy docierając do materiałów z tego okresu, poszukując żyjących świadków wydarzeń roku 1945.  Rozmawiając z nimi przed oczyma stawał jej obraz Polski zniszczonej pozbawionej jakiejkolwiek nadziei, krok po kroku jednak dźwigającej się z kolan. Dziennikarka wprowadzając chronologię (kolejne rozdziały do kolejne miesiące roku 1945) dała nam punkt odniesienia jakie następowały i w ludziach i w ich myśleniu. Początkowy strach zamieniał się w prymitywną chęć życia (np grabieżach, samowolach, mordach niewinnych) z czasem opamiętania i odbudowy zniszczonego kraju. Ciągnęło się to latami i wiele spraw do dziś jest nie wyjaśnionych.
Każda polska rodzina ma z tego okresu jakieś wspomnienia. W starym domu moich dziadków jeszcze w połowie lat 90-tych stał stary poniemiecki zegar, pamiątka po roku 1949 gdy babcia namówiła męża do powrotu do Radomia (przez 4 lata mieszkali na ziemiach odzyskanych w Szczecinie) będąc bardzo nieszczęśliwą śpiąc pod cudzym dachem i bojąc się odwetu.
Cudowna książka o czasach pogardy dla życia i bliźniego, ale też o miłości i nadziei. Polecam serdecznie.

niedziela, 12 lutego 2017

Dobre kobiety z Chin

Wraz z zeszłym tygodniem nastał chiński rok koguta. Natrafiła się okazja by trochę nawiązać do tej części świata bo jakby na to nie patrzeć to paradoksalnie o Chinach pomimo ciągłej bytności w naszej świadomości nie wiemy wiele, a już o tym jak traktowane są tam kobiety nie wiemy kompletnie nic. Na górnej półce odkopałem już nieco zakurzoną i zapomnianą przez zemnie pozycję Xue Xinran Dobre kobiety z Chin.



Inspiracją do napisania książki była dla Xue Xinran wypowiedź cudzoziemca, który zapytany, co wie na temat sytuacji kobiet w społeczeństwie chińskim, stwierdził, że panuje w nim równość. Autorka postanowiła pokazać, że Chiny to nie tylko herbata, jedwab i „rewolucja kulturalna”. A poza znanymi faktami ze społecznego i politycznego życia tego kraju istnieją jeszcze sprawy nieopisane i nieznane, dotyczące życia rodzinnego i seksualnego. Książka Xinran jest wynikiem jej długoletniego doświadczenia reporterskiego oraz rozmów, które przeprowadziła z setkami kobiet. Autorka uważnie śledzi zmiany, jakie dokonały się w sytuacji Chinek na przestrzeni dziejów. Zestawia losy matek, córek i wnuczek. W przejmujący sposób kreśli sylwetkę samobójczyni pojmującej miłość jako „obrazę moralności”, dziewczyny molestowanej przez ojca oraz tragedię młodych kobiet gwałconych przez hunwejbinów w ramach „szkolenia”. W te wszystkie historie wplata osobisty wątek, opisując własne doświadczenia z pracy w rozgłośni państwowej.


sobota, 12 listopada 2016

Za grosze pracować i nie przeżyć

Przemykając wzrokiem po półce z książkami natknąłem się na pozycję autorstwa Barbary Ehrenreich. Za grosze pracować i nie przeżyć od razu skojarzyła mi się z dość nieoczekiwanym zwycięstwem wyborczym Donalda Trumpa. W pierwszym odruchu pomyślałem kto na niego głosował, opamiętałem się jednak przypominając sobie jak naprawdę wyglądają Stany Zjednoczone Ameryki. W 2002 miałem okazję spędzić trzy miesiące w tym kraju i obok biznesowego nowojorskiego Manhattanu najbardziej utkwiła mi w pamięci mała miejscowość niemal w całości składająca się z zardzewiałych starych przyczep kempingowych. Pozycja która trafiła w moje ręce jest książka właśnie o takich ludziach ciężko pracujących ledwo wiążących koniec z końcem mieszkających  w starych kontenerach. 


Barbara Ehrenreich, amerykańska dziennikarka popełniła swoją książkę w 2001 roku. Porusza w niej temat pracy za minimalną stawkę, zastanawia się czy i jak da się za nią przeżyć. By lepiej zrozumieć problem poddaje się eksperymentowi na swoje własnej osobie, w różnych częściach kraju podejmuje nisko-płatne prace i się za nie utrzymać.
Kolejno zostaje kelnerką na Florydzie, sprzątaczką w Main i sprzedawczynią w Minnesocie. Przez okres około dwóch lat, tyle trwał eksperyment, autorka musiała zrezygnować z godności, prywatności, przerwy obiadowej, praw obywatelskich, opieki lekarskiej, wolnego czasu i nadziei na przyszłość. Prace te wbrew obiegowym opinią były wyniszczające nie tylko fizycznie ale przede wszystkim psychicznie. Wymagały samokontroli i umiejętności interpersonalnych. Dziennikarka jak sam przyznaje otarła się jedynie o ten świat, ludzi nie posiadających środków na wykupienie ubezpieczeń, wynajmujących stare zimne przyczepy, kilkoro z nich przedstawia w swojej książce.
Książka obala amerykański mit, przedstawia świat bezwzględnej eksploatacji pracownika wyzysk pracodawców i brak jakiejkolwiek opieki organów państwowych. Autorka może w pewnych kwestach wykazuje się naiwnością, może niektóre sytuacje są za bardzo przerysowane, ale nawet sami amerykanie nie wierzą w mit kraju mlekiem i miodem płynącego czego przykładem są tegoroczne prezydenckie wybory. Tonący brzytwy się chwyta w tym wypadku Trump'a.


środa, 20 lipca 2016

Życie na miarę

Od przeczytania, a raczej wysłuchania książki Marka Rabija minęło ponad miesiąc, nie jest to długi okres ale emocje nieco opadły i chyba mogę napisać kilka zdań na temat tej pozycji.



Życie na miarę to reportaż napisany trochę pod wpływem chwili, w roku 2013 doszło w Bangladeszu do katastrofy budowlanej w której śmierć poniosło ponad 1200 szwaczek. Na jaw wyszły pewne niedociągnięcia konstrukcyjne i warunki w jakich przyszło pracować ofiarom. Marek Rabija jest wysłannikiem tygodnika Newsweek i na miejscu chce przeprowadzić dziennikarskie śledztwo dotyczące warunków pracy. Przy okazji chce sprawdzić jakie polskie marki odzieżowe korzystają z bangladeskich szwalni i czy w jakikolwiek sposób je  monitorują.
Okazało się że podobnych katastrof w przeszłości było wiele, azjatyccy producenci nastawieni na szybki i wysoki zysk bezpieczeństwo swoich pracowników spychają na szary koniec. Ci natomiast bojąc się utraty pracy godzą sie na głodowe pensje i nieludzie warunki pracy. Nie skarżą się i są wdzięczni że w ogóle mają pracę. Zleceniodawców z Europy raczej bardziej interesuje zarobek na konkretnej koszulce niż przestrzeganie jakichkolwiek przepisów. Ci drudzy jednak zlecają tak zwane sprawdzanie kontrahenta bangladeskim wspólnikom, którzy to w ich imieniu prowadzą rozmowy z poszczególnymi szwalniami. Duże szwalnie, które mają dużo zleceń i nie są wstanie wywiązać się z zobowiązań, wynajdują podwykonawców, którzy dostają procent od sprzedanej odzieży, a tych już nikt nie sprawdza.
W książce znajdziemy wiele obrazków z życia przeciętnej szwaczki, autor również nawiązuje kontakt z małymi i większymi właścicielami fabryk, wraca wspomnieniami do poprzednich katastrof, wyszukuje ofiary i ich rodziny. Strona po stronie wyłania się prawdziwy obraz azjatyckiej potęgi odzieżowej. Lektura przerażająca i ciekawa zarazem, nasuwa się jednak pytanie, czy po przeczytaniu tej pozycji i uświadomieniu sobie problemu przestaniemy kupować artykuły z Bangladeszu. Mam nadziej że przynajmniej się nad tym zastanowimy...  


poniedziałek, 11 lipca 2016

Witajcie w raju

Czas rozpocząć okres letni. Słońce, plaża, błękitne niebo na jakiejś tropikalnej wyspie to marzenie wielu z nas. Jennie Dielemans postanowiła podzielić się z nami swoimi spostrzeżeniami jak tak naprawdę wymarzone wakacje wyglądają, wydając swój zbiór reportaży Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym.


Przed lekturą byłem bardzo pozytywnie nastawiony, bo takie historie są jak te samograje. Każdy turysta to inna barwna historia z pikantnymi szczegółami. Po lekturze byłem nieco rozczarowany. Nie znalazłem w niej nic odkrywczego, a jedynie powielanie faktów niejednokrotnie przedstawianych na łamach mediów. Mamy wiec tu molochy turystyczne kontrolowane przez wielkie korporacje, które za grosze wykorzystują pracowników, wyniszczają małe lokalne biznesy, a przede wszystkim nie liczą się z naturalnym ekosystemem, unicestwiając kolejne rajskie miejsca, zamieniając je w luksusowe hotele. Tysiące miejsc gdzie turysta może oczekiwać niemal identycznych wrażeń, w cenę ma wliczone wszelkie atrakcje z zakwaterowaniem i wyżywieniem włącznie.
Autorka wplątała w tekst kilka ciekawych faktów z historii turystyki poczynając od podróży po europie młodych dzieci pochodzenia szlacheckiego w XVIII i XIX wieku, aż po pierwsze zorganizowane grupy (pierwsza odbyła się w roku 1841) którym początek dał angielski kaznodzieja Thomas Cook (dziś to nazwa jednej z największych agencji turystycznych).
Książkę czyta się całkiem przyjemnie, mam jednak mieszane uczucia  i nie mogę powiedzieć że jest to pozycja przełomowa. Zebrane jest tu kilka ciekawych historii, ale są one tylko liźnięte. Są takim małym nasionkiem, które kiełkuje w naszych głowach, ale również pozostawia niedosyt. Postawionych jest tu wiele pytań: gdzie tak naprawdę trafiają nasze pieniądze, skąd pochodzą oferowane nam produkty, czy są one autentyczne itp itd... odpowiedzi, a owszem są, ale ogólnikowe i nie odnajdziemy w nich propozycji rozwiązania. Zawsze znajdą się ludzie dla których wakacje to bezrefleksyjny wypoczynek za jak najniższą cenę. Książka ta to taki przewodnik, czego unikać gdy chcemy przeżyć naprawdę niepowtarzalne wakacje z dala od cywilizacji, a wymaga to nieco więcej czasu niż przekartkowanie folderu biura turystycznego.

niedziela, 15 maja 2016

Zrób sobie raj

Z każdą kolejną pozycją książkową wymazuje ze swojej pamięci stary obraz Mariusza Szczygła z talk-show "Na każdy temat", widzę jak za jego całkiem banalnymi pytaniami, kryje się drugie dno i dążenie do poznania prawdy, prawdy jakiejkolwiek choćby tej najbardziej subiektywnej. Suma takich subiektywnych prawd daje nam pewien obraz rzeczywistości. Mariusz Szczygieł napisał kilka lat temu świetną książkę o Czechach kolejną pozycję o naszych południowych sąsiadach. Zrób sobie raj to takie małe arcydzieło reportażu, przy którym należy przystanąć i chwilę się zastanowić.



Książka ta, to zbiór reportaż początkowo publikowanych w dodatku do Gazety Wyborczej. Dla przeciętnego polskiego czytelnika przedstawione tu historie ciężko będzie nazwać jednak literaturą faktu, które mają miejsce w rzeczywistym świecie tuż za naszą południową granicą, bliżej im bowiem w naszym wyobrażeniu do fantastyki lub literatury pięknej powstałej w wyobraźni autora. W niewielkiej rozmiarowo książce znajdziemy tyle postaci i ich historii, że można by obdzielić nimi kilka powieści beletrystycznych. Są tu pisarze, poeci (Egon Bondy), rzeźbiarze (Davida Černy), fotograf (Jan Saudek) i osoby fikcyjne istniejące jedynie w świadomości Czecha (wietnamska autorka czeskiego bestselleru). Czechy to zupełnie odmienny kraj, i chociaż także są Słowianami, to jednak mimo wszystko wyjątkowymi. Najważniejszy bowiem dla naszych sąsiadów jest brak religijności, tematów tabu, inaczej patrzą na patriotyzm i bohaterstwo. Pragmatyzm Czechów tez jest legendarny, wysławiony w anegdotach. Na pewno można by zazdrościć im dystansu do siebie i niechęci do patosu, autoironii, praktyczności, wyczucia absurdu i komizmu słownego czy sytuacyjnego.
Polaka będzie szokował stosunek do zmarłych, kremacja to standard, często się zdarza nieodbieranie bliskich ze szpitala, ceremonie pochówków są bardzo skromne (o ile w ogóle są) zdarzają się pogrzeby grupowe. Czech tłumaczy takie zachowanie unikaniem cierpienia, ale autor widzi w tym pragmatyzm i zwykłą oszczędność. Najlepiej to jednak tłumaczy pewien Czech:

...Czesi są wielkimi indywidualistami. W przeciwieństwie na przykład do Polaków, którzy są stadni, którzy są niewolnikami zwyczaju i tradycji. Ze stanu niewolnika za żadne pieniądze się Polaka nie wykupi. Bo on tego nie chce. "...Poza tym w Polsce zaobserwowałem duży konformizm. Może by nawet nie zrobili tego pogrzebu, może i by woleli sami w ciszy, ale nie, bo co ludzie powiedzą. Tam wszystko się robi pod ludzi, a my robimy dla siebie (...) Ci moi znajomi Polacy, to nawet komunię przyjmują, chociaż w Boga nie wierzą ani trochę(...)I tak jest z Polakami, boją się nie pójść do kościoła.

Wiele tu trafnych porównań naszych rodaków do Czechów na korzyść naszych południowych sąsiadów w kontekście tego co dzieje się w chwili obecnej:

Nasz naród do życia potrzebuje nieszczęścia. Dopiero, kiedy pojawia się nieszczęście - nieudane powstanie warszawskie czy inna klęska - jesteśmy kimś. Krzywda nas wywyższa ponad inne narody ... Polacy umieją się jednoczyć, ale wokół nieszczęścia. A ponieważ wiemy, że świat nie docenia naszego cierpienia, pokażemy: w celebrowaniu śmierci i tragedii jesteśmy mistrzami świata! (...) Aż świat wreszcie przyzna: oni cierpieli najbardziej...

Po lekturze jeszcze bardziej polubiłem Czechów zresztą jak można ich nie lubić skoro w swoim hymnie narodowym śpiewają że mieszkają w raju...

Gdzie jest mój dom,
gdzie jest mój dom?
Woda huczy wśród łąk,
bory szumią pośród skał,
w sadzie pyszni się wiosenny kwiat,
widać że to ziemski raj!
Oto jest ta piękna ziemia,
ziemia czeska - mój dom,
ziemia czeska - mój dom!