Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie w roku 2016

Koniec roku czas na podsumowanie. Poniżej 24 książki przeczytane w roku 2016 nie uwzględniłem pozycji po które sięgnąłem ponownie a było tego trochę. Reasumując całkiem udany rok. Poniżej lista z linkami do moich recenzji. 

1. On wrócił - Timor Verses (ebook)
Ciekawa pozycja co by było gdyby Hitler wrócił i czy by się odnalzał we współczesnych Niemczech.

2 .Uległość - Michel Houellebecq (ebook)
Francja pod władzą muzłumańskiej mniejszości. Obraz przemain które zachodzą we współczesnej Europie oczyma dośc kontrowesyjnego Houellebecq'a.

3. Gotuj sprytnie jak Jamie - Jamie Oliver (książka)
Książka Jamie Oliviera jak gotować smacznie i tanio, wiele praktycznych rad dotyczących także organizacji pracy w kuchni.

4. Życie to jednak strata jest - Andrzej Stasiuk, Dorota Wodecka (ebook)
Wywiad rzeka i rozmowa o dzisiejszej Polsce ze znanym polskim pisarzem Andrzejem Stasiukem.

5. Idę tam gdzie idę - Kazik Staszewski, Rafał Księżyc (książka)
Biografia znanego muzyka sceny alternatywnej, lidera Kultu, a takaże solowych produkcji pod szyldem Kazik i Kazik na żywo. Całość w formie wywiadu rzeka począwszy od dzieciństwa po dzień dzisiejszy.

6. Piechniczek. Tego nie wie nikt - Paweł Czado (ebook)
Biografia chyba najbardziej niedocenianego polskiego trenera piłkarskiego który jako jedyny szkoleniowiec dwukrotnie wprowadził reprezentacje do mistrzostw świata i zdobył z nią brązowy medal w 1982 roku.

7. Wszystkie wojny Laury - Wojciech Jagielski (książka)
Historia Czeczenki, której kolejne wojny na bliskim-wschodzie odebrały męża i dwóch synów.

8. Legia 100 lat - Przemysław Bator (książka)
Dla mnie porażka. Próba ogarnięcia osiągnięć ostatnich stu lat Legii Warszawa.

9. Wiele demonów - Jerzy Pilch (audiobook)
Zagadka śmierci jednej z córek pastora, wszystko w klimatach luterańskiej społeczności. Smaczku dodaje że wszystko rozgrywa się w zamierzchłych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

10. Pies czyli kot - Stanisław Tym (książka)
Felietony znanego polskiego publicysty i satyryka Stanisława Tyma zebranych z ostatnich kilkudziesięciu lat a publikowanych na łamach Literatury, Polityki, Wprost i Rzeczpospolitej.

11. World War Z - Max Brooks
Całkiem dobry reportaż z pandemii która ogarnęła niemal każdy zakątek naszego globu. Wszystko gra tylko że przedmiotem tego dziennikarskiego śledztwa są Zombi.

12. Legia Mistrzów - Piotr Jagielski (ebook)
Wspomnienia z sezonu 1995/96 gdy Legia Warszawa walczyła w Lidze Mistrzów, krok po kroku przedstawione starcia drużyny najpierw w eliminacjach potem w grupie a następnie w ćwierćfinale z Panathinaikosem. Łza się kręci na samą myśl. 

13. Artur Rojek Inaczej - Aleksander Klich (ebook)
Wywiad rzeka z byłym liderem zespołu Myslovic, poznajemy jego gust muzyczny i zainteresowania pozaartystyczne. Rojek ma wiele do powiedzenia nie tylko o muzyce.
  
14. Kuba. Autobiografia - Małgorzata Domagalik (ebook)
Nietypowa laurka Kuby Błaszczykowskiego. Momentami interesująca i trzymająca w napięciu częściej jednak nużąca, mało w niej piłki więcej spraw rodzinnych.

15. Myślę więc gram - Alessandro Alciato (ebook)
Ikona włoskiej piłki nożnej Andreo Pirlo w biografii szczerej aż do bólu. W swojej karierze zaliczył największe włoskie kluby Inter, AC Milan i Juventus.

16. Życie na miarę - Marek Rabij (audiobook)
Reportaż napisany trochę pod wpływem chwili, w roku 2013 doszło w Bangladeszu do katastrofy budowlanej w której śmierć poniosło ponad 1200 szwaczek. Na jaw wyszły pewne niedociągnięcia konstrukcyjne i warunki w jakich przyszło pracować ofiarom.

17. Pomnik cesarzowej Achai tom 5 - Andrzej Ziemiański (ebook)
Ostatni tom ze świata zza gór. Gra wywiadów, wyścig światowych potęg po tajemniczy pomnik i zakończenie zaskakujące zwieńczające pięć tomów, ale nie zamykające historii.

18. Siódemka - Ziemowit Szczerek (książka)
Szaleńcza podróż dawną drogą E7 w noc Halloween z mnóstwem odniesień do popkultury i problemów współczesnych problemów społeczno-politycznych.

19. Gracze - Bogdan Romanowski (książka)
Wywiady z największymi wciąż żyjącymi gwiazdami polskiej piłki nożnej. Złota jedenastka redaktora Romanowskiego.

20. Nigel Bites - Nigella Lawson (książka)
Proste, łatwe w przygotowaniu na każdą okazję przepisy kulinarne brytyjskiej celebrytki Nigelli Lawson.

21. Królestwo - Emmanuel Carter (książka)
Pozycja odnosi się  do początków chrześcijaństwa  jak doszło do tego że mała sekta z dalekiej Palestyny zdominowała cesarstwo rzymskie. Carter przemyca w książce również swoje rozterki i dylematy religijne. 

22. Zawsze nie ma nigdy - Jerzy Pilch, Ewelina Pietrowiak (książka)
Wywiad rzeka z najlepszym obecnie polskim prozaikiem Jerzym Pilchem. Dodatkowy atut że po drugiej stronie zasiadła wieloletnia kochanka autora.

23. Krocząc w ciemność - Lyonie Swannington (audiobook)
Nietypowa zagadka kryminalna, z nietypowymi bohaterami i z całkiem nietypowym zakończeniem.

24. Wilki - Adam Wajrak (audiobook)
Książka o wilkach a czytając miałem wrażenie że to o nas i naszym stosunku do otaczającego nas świata w ogóle. 

25. Skucha - Jacek Hugo-Bader (książka)
Powrót do naszych polskich demonów, bezimiennych bohaterów zagubionych we współczesnym świecie. Solidarnościowych przyjaźniach i postsolidarnościowych brudach z przeszłości.

Dwadzieścia pięć książek to niemal dwie pozycje w miesiącu, przy moim braku czasu całkiem nieźle, gdybym miał wyróżnić jakieś pozycje to na pewno była by to Siódemka, która trafiła do mnie przypadkiem i dała mi najwięcej radości (w tle tej historii znalazło się miejsce dla mojego rodzinnego Radomia), Królestwo o początkach cheściaństwa i Wszystkie wojny Laury Wojciecha Jagielskiego. Kolejny rok kolejne wyzwanie już nie mogę doczekać się kolejnych wyzwań czytelniczych w nowym nadchodzącym roku. Pozdrawiam.

czwartek, 28 stycznia 2016

On wrócił

Mam problem z tą książką, niby trafnie punktuje współczesny świat popkultury i show-biznesu. Ukazuje podatność społeczeństwa na tani populizm i jego amnezję na doświadczenia ostatniej wojny światowej. Świetnie przedstawia nieporadność i klarowność poglądów klasy politycznej, a do tego całość jest zabawna. Jest jednak ale, to główny bohater, który powinien być wcieleniem zła, a tak nie jest. Co gorsza z czasem wzbudza nawet naszą sympatię i podziw z jaką łatwością manipuluje ludźmi.


Mowa tu o Adolfie Hitlerze, który wciągu kilku lat doprowadził do II wojny światowej, swoich wrogów politycznych pozamykał, a mniejszości etniczne (Żydów, Cyganów) unicestwił tworząc obozy koncentracyjne. 
Pewnego dnia w 2011 roku, nie wiadomo jak i dlaczego, budzi się w swoim mundurze na ławce w centrum Berlina. Początkowo jest zdezorientowany, krok po kroku dochodzi do niego gdzie jest. Powoli próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. NSDAP już nie istnieje, ale to nie problem, ze swoim programem ma zamiar dotrzeć do szerszej publiki dzięki telewizji. Jego charakterystyczny wygląd tylko mu w tym pomaga. Dostaje swój program satyryczny, gdzie na bieżąco komentuje wydarzenia w kraju i na świecie. Mówi to co ludzie chcą usłyszeć, tyle że pod przykrywką programu rozrywkowego. Nieoczekiwana podróż w czasie pozwala mu spojrzeć na rozwiązania zastosowane przez jego kraj z dystansem. Na niektórych nie pozostawia suchej nitki, innym przygląda się z podziwem i żałuje, że sam ich nie wykorzystał, a wszystko to komentuje jako on Adolf Hitler.
Z czasem los tak pokieruje jego losem, że będzie łakomym kąskiem dla niemieckich partii politycznych, które będą do niego walić drzwiami i oknami. Tyle że to już nie będzie śmieszne i nie wiem czy w ogóle było śmiesznie.

wtorek, 12 stycznia 2016

Idę tam gdzie idę

Idę tam gdzie idę to świetny tytuł by przedstawić jedną z najbardziej rozpoznawalnej postaci polskiej sceny alternatywnej, Kazika Staszewskiego. Jest to utwór z płyty 12 groszy, którą kupiłem za moje pierwsze zarobione pieniądze.



Po raz pierwszy z wokalistą Kult, zetknąłem się na początku lat 90-tych, niby niszowa alternatywna grupa, ale potrafiła zaistnieć w TV kawałkiem Polska i Wałęsa oddawaj moje 100 milionów zaśpiewanej w Sopocie w roku 1991. Potem rozpocząłem studia na Uniwersytecie i los zaśmiał mi się w twarz, gdyż była to podobnie jak w przypadku Kazika, socjologia. Zakwaterowany zostałem w pokoju czteroosobowym i do tej pory pamiętam jak jeden ze współlokatorów katował nas płytą Muj wydafca, a zasypiał nucąc że jest odpadem atomowym. Dziś obok Taty Kazika to moja ulubiona płyta, a tamten okres jako jeden z najbardziej zakręconych w moim życiu. Wybrałem się nawet na koncert chyba w 1998 w Lublinie, kompletna porażka i niedyspozycja wokalisty trochę ostudziła mój zapał.
Od czasu do czasu słucham Kultu, z przykrością muszę przyznać że coraz rzadziej, nieco zniechęcił mnie również czarny PR wokół muzyka, związany z zakupem domu na Teneryfach i rzekome poparcie dla PiS. Zdarzyła się jednak okazja by to wszystko skonfrontować z tym co do powiedzenia ma artysta. Tak w moje ręce wpadła autobiografia Kazika Staszewskiego, choć co do tego jak ją kwalifikować mam mały problem bo to nic innego jak wywiad rzeka i odpowiedzi na wcześniej uzgodnione pytania.
Wracając do książki bardzo szybko się ją czyta, sporo szczegółów z życia artysty poczynając od dzieciństwa, poprzez dorastanie, pierwsze próby muzyczne, pierwszy zespół aż po czasy współczesne. Trochę jest to o sytuacji politycznej w kraju (nawiązuje do spotkania z Adamem Michnikiem) ale jak sam zainteresowany stwierdza polityka jako tako w ogóle go nie interesuje, a to co się dzieje w Polsce to bagno. Opowiada o poszukiwaniu Boga (był sympatykiem kościoła Światków Jehowy), ale przede wszystkim o muzyce, jak ją tworzy i gdzie szuka inspiracji. Jest sporo o ludziach którzy wokół niego się obracają i po mimo że czasem ma przykre doświadczenia z nimi związane nie słychać w tych wypowiedziach nienawiści i jakiegoś wielkiego żalu.


Moimi ulubionymi fragmentami są te z młodości gdy opuszcza ich ojciec, gdy każde wakacje spędza u cioci w Londynie (to tam po raz pierwszy styka się z punkiem) o płytach które będą później jego inspiracją i jak zakłada swój pierwszy zespół Poland.
Całość nie jest arcydziełem brakuje mi odpowiedzi na pytania, które Rafał Księżyk nie zadał a na które Kazik z pewnością by odpowiedział, ale tak jest z formą wywiadu, pytania i odpowiedzi. Nic straconego będzie okazja następnym razem. Dla fanów to lektura obowiązkowa, dla reszty ciekawy wycinek polskiego show biznesu muzycznego. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Przejrzeć Anglików

Zrobiłem sobie krótką przerwę po rozpasaniu świątecznym, czas jednak podzielić się swoimi spostrzeżeniami z lektury "Przejrzeć Anglików" autorstwa angielskiej pani antropolog Kate Fox. Wykonała ona kawał dobrej roboty, zebrała niemal wszystkie obiegowe stereotypy związane z obrazem typowego Anglika a następnie poddała je wnikliwej obserwacji uczestniczącej.
Jest to moje drugie podejście, w 2005 roku zdobyłem oryginalną angielską wersję, która spoczywa u mnie po dzisiejszy dzień. Na nieco dłużej przysiadłem jednak gdy zdobyłem polskojęzyczne tłumaczenie.



Lektura obowiązkowa, pozwoli uniknąć wielu nieporozumień i zrozumieć genezę pewnych zjawisk kompletnie obcych dla przybyszów z kontynentu. Co by nie mówili tubylcy, Anglia to społeczeństwo klasowe i pewne zachowania generowane są mniej lub bardziej świadomie przez pochodzenie społeczne. 
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej jest mowa o kodach językowych, dlaczego każdą rozmowę rozpoczyna konwersacja o pogodzie, dlaczego przedstawiając się unikają podawania imienia, sporo jest o zasadach poprawnego witania i żegnania się, a także o specyficznym angielskim humorze (autoironia) a wszystko to w kontekście klasy społecznej.
Część druga to kody zachowań. Jest tu mowa o instytucji angielskiej kolejki, o tym dlaczego każda rodzina mieszka w domach a nie w mieszkaniach w bloku, jak te domy wyglądają, jak są umeblowane, i dlaczego. Jakie mają ogrody, jak, kiedy i co jedzą, co oglądają w telewizji, jakimi pojazdami się poruszają, gdzie robią zakupy, jak się poznają i rozmnażają. Jak się zachowują w pracy, jak w domu, a jak w pubie. Dlaczego są zdystansowani a czasem zażenowani. Jacy są prywatni a jacy wśród obcych i jak te zachowania umiejscawiają ich w obrębie klas społecznych itp itd.
Wszystko po to by się uszeregować w swojej klasie społecznej, w szybki sposób odnaleźć bratnią duszę (klasową), dowiadujemy się więc kto jeździ fortem mondeo, kto robi zakupy w Mark&Spencer, kto trzyma książki w toalecie, kto używa słowa toaleta, kto ubiera się w nowe markowe ciuchy i w końcu kto zasiada do afternoon tea.
Interesujące jest wyjaśnienie pojęcia uprzejmości negatywnej skupionej głownie na tym, by nie być intruzem i się nie narzucać. warto tu podkreślić, że grzeczność i uprzejmość w takim kształcie, w jakim okazują je Anglicy, mają bardzo mało wspólnego z autentyczną życzliwością czy dobrodusznością.
Informacji jest tak dużo, że po lekturze musiałem nieco ochłonąć, bo dochodzimy do wniosku że większość przedstawionych tu zachowań świadczy o ułomności społecznej i towarzyskiej statystycznego Anglika. Unikają nieznajomych ograniczając się do zdawkowych rozmów o pogodzie, zamykają się w domach, czas wolny spędzają oglądając telewizję, czytając prasę i książki, od czasu do czasu pielęgnują swe ogródki (przede wszystkim te frontowe). Dbają o dobre maniery by nie wyjść poza schemat i nie wyróżniać się ponad grupę (bardzo ważne mowa tu o grupie z jaką się utożsamiają). Są mocno zdeterminowani by postępować według z góry ustalonych zasad. Humor to kolejna zasłona by jak najmniej o sobie mówić.
Obraz przerażający, gdyby jednak rozebrać na czynniki pierwsze poszczególne narody europejskie można by wysnuć podobne wnioski. Różnimy się w detalach, które tu są dobrze wypunktowane i wyjaśnione.

czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowanie roku 2015

Rok nam się kończy czas więc na jego podsumowanie. Nie było wiele czasu na czytanie, mam nadzieje na więcej okazji w przyszłym roku. Jak by nie było znalazło się w tym zestawieniu szesnaście kompletnie rożnych od siebie pozycji, zaczynam chronologicznie.

1. Pomnik cesarzowej Achai tom 4 - Andrzej Ziemiański (ebook)
Całkiem przyjemna wariacja co by było gdyby, Polska technologiczne supermocarstwo wybiera się na podbój świata zdominowanego przez magię. Fajne czytadło, nieco rozciągnięte, ale tak bywa gdy całość składa się z kilku lub kilkunastu tomów.

2. Jadąc do Babadag - Andrzej Stasiuk (audiobook)
Podróż przez zapomniane miejsca, dawnej Austrio-węgierskiej słowiańszczyzny, wszystko jest jak gdyby nie z tego świata, zatrzymane w czasie, gdzieś między czasem, niby opowieść, gawęda, trochę realna ale nie do końca prawdziwa...

3. Laska Nebieska - Mariusz Szczygieł (audiobook)
Cykl reportaży o Czechach, a raczej o literaturze czeskiej, jak musiała dostosowywać do czasów w jakich była tworzona, sporo ciekawych historii o naszych południowych sąsiadach.

4. Radiota, czyli skąd biorą się Niedźwiedzie - Marek Niedźwiecki (audiobook)
Marek Niedźwiecki z radiowej trójki opowiada o sobie i swojej pasji, można słuchać i słuchać.

5. W rajskiej dolinie wśród zielska - Jacek Hugo-Bader (audiobook)
Powrót do przeszłości, zbiór reportaży pisanych dla Gazety Wyborczej w latach 90-tych ubiegłego wieku. Sporo ciekawych informacji o Rosji współczesnej, ale również tej radzieckiej.

6. Masa o kobietach polskiej mafii - Artur Górski (książka)
Świadek koronny Masa opowiada o kobietach w polskiej mafii, ile w tym prawdy nie wiem, ale znalazło się kilka ciekawych historii.

7. Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł (audiobook)
Kolejna książka o Czechach tym razem jest to zbiór reportaży, a raczej spostrzeżeń autorstwa Mariusza Szczygła (mieszka w Pradze od kilu lat) o naszych sąsiadach, dlaczego są pragmatycznymi konformistami. Sporo trafnych uwag okraszonych specyficznym humorem.

8. Deyna, czyli obcy - Roman Kołtoń (książka)
Kolejna biografia jednego z naszych najlepszych piłkarzy, sporo o Legii Warszawa i reprezentacji Polski w latach 70-tych. Autor stara się zrozumieć i wyjaśnić pewne wydarzenia z życia piłkarza, a nie tylko ograniczać się do suchych faktów.

9. Rekin z parku Yoyogi - Joanna Bator (audiobook)
Japonia to egzotyczne miejsce, autorka spędziła tam kilka lat i przybliża nam nieco ten obcy dla nas kraj, zdominowany przez rożnego rodzaju subkultury. Okraszone jest to barwnymi historiami z życia. 

10. Dziennik - Jerzy Pilch (książka)
Codzienne wspomnienia, przemyślenia, spostrzeżenia Jerzego Pilcha, trochę o literaturze, piłce nożnej, polityce, religii, przemijaniu itp... Pilch pełną gębą...

11. Czy wikingowie stworzyli Polskę - Zdzisław Skrok (ebook)
Autor próbuje udowodnić, że pierwsi piastowscy władcy Polski to uciekinierzy z wareskiego Kijowa, potomkowie skandynawskich wikingów. Ciekawe spostrzeżenie nie do końca poparte faktami, ale kto wie.

12. Angole - Ewa Winnicka (ebook)
Cykl reportaży o nowej polskiej emigracji do Anglii, kilkadziesiąt historii rodzin i osób które zdecydowały się przyjechać i dać sobie szansę na wyspach brytyjskich.

13. Kici Lucjan Brychczy - Grzegorz Kalinowski i Wiktor Bołba (książka)
Wywiad rzeka z piłkarzem, trenerem związanym z Legią Warszawa niemal od zawsze, sporo informacji o zmierzłych latach 50-tych i 60-tych.

14. Saga o Jarlu Broniszu tom 1 - Władysław Grabski (ebook)
Saga powstała w czasie okupacji niemieckiej w latach 1940/44, czuć ten klimat mocno antyniemiecka i pro katolicka. Trochę przypomina Krzyżaków Sienkiewicza podobnie jak ona pisana ku pokrzepieniu serc, sporo autentycznych postaci z początków polskiej państwowości ale również i tej skandynawskiej (Dania, Szwecja, Norwegia).

15. Wojna nie ma w sobie nic z kobiety - Swietłana Aleksiejewicz (audiobook)
Traumatyczne a zarazem ciekawe dla czytelnika wspomnienia radzieckich kobiet z okresu drugiej wojny światowej, które masowo zaciągały się do armii. Wojna oczami kobiety nie ma nic heroizmu, warto przeczytać by to zrozumieć.

16. Przejrzeć Anglików - Kate Fox (książka)
Tą książkę powinienem przeczytać dziesięć lat temu, ułatwiła by mi zrozumienie wielu aspektów i niuansów kultury angielskiej, ale jak to mówią lepiej późno, niż w cale. Warto naprawdę warto poznać te różnice.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Władca pierścieni... biały kruk

Koniec roku nastraja sentymentalnie, wracają wspomnienia te czytelnicze również. Niecały tydzień temu zapuściłem sobie trylogię firmową Petera Jacksona "Władca pierścieni", przyplątała się moja córka i zainteresowała się historią, a ja wróciłem wspomnieniami do roku 2001 i mojej wakacyjnej podroży do Anglii.


Było to wyjątkowe lato praca i odpoczynek w pięknej miejscowości  Canterbury siedzibie angielskich biskupów, zielonej i pełnej architektonicznych reliktów przeszłości. Szczególnie utkwiła mi w pamięci olbrzymia katedra i zachowana niemal w całości przepiękna średniowieczna starówka. Zabrałem ze sobą powieść Tolkiena, by w wolnych chwilach nadrabiać zaległości czytelnicze przed planowaną na koniec roku premierą filmową. 
Opowieść o dzielnych hobbitach, ich przygodach pełnych niebezpieczeństw, przyjaźni i poświęceniu wciągnęła mnie. Gdy czytałem o hobbitowie widziałem hrabstwo Kent, kolorowe owocowe sady, zielone łąki, pastwiska, a gdzieś pośród nich małe hobbicie domki. Mali bohaterzy szli, szli i szli by dotrzeć do Mordoru, a ich misją było uratowanie świata i zniszczenie pierścienia władzy. Szczęśliwie dla mnie i dla nich dotarliśmy do pozytywnego zakończenia historii. Wróciłem do domu, a tuż po Nowym Roku wybrałem się do kina. Szok, niby oglądam tą sama opowieść, czterej hobbici, karzat, elf, mag i człowiek. Problem polegał na tym, że kompletnie inaczej się wszystko nazywało. Frodo nie był Bagoszem z Bagosza ale Baginsem, jego mały przyjaciel miał zupełnie inne imię (Radostek - Merry), krzat był krasnalem, Łazik Obieżyświatem. Można było by tak długo, inne nazwy miejsc (Włosci - Shire), przedmiotów itp itd.
Poszperałem w sieci i znalazłem problem, tak się złożyło że moje tłumaczenie Władcy Pierścieni było autorstwa Jerzego Łozińskiego, jest to pierwsze wydanie  z roku 1996/97 kolejne były poprawione i przywrócono oryginalne nazewnictwo Tolkiena. Zostałem więc posiadaczem wydawniczego białego kruka.
Z tego co się orientuje na rynku funkcjonują trzy tłumaczenia Marii Skibiniewskiej (wykorzystane przy tłumaczeniu obrazu filmowego), Marii i Cezarego Frąców i Jerzego Łozińskiego.

sobota, 19 grudnia 2015

Mały Książę

Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu pamięta o tym... Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół... Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać... Nigdy nie jest dobrze tam, gdzie się jest... Idąc prosto przed siebie, nie można zajść daleko... Czasem odłożenie pracy na później nie przynosi szkody... Zamiast tępić zło, lepiej szerzyć dobro... Człowiek to ktoś, kto nosi w sobie coś większego niż on sam...
Wszystkie cytaty pochodzą z jednej niewielkiej objętościowo książki Antoine de Saint-Exupery "Mały Książę", a jest to tylko ich część wrzucona zupełnie przypadkowo.



Kilka dni temu przybyła do nas paczka świąteczna z książkami i dwoma filmami dla Zosi. Jednym z nich była próba ekranizacji Małego Księcia. Los chciał, że nie było mnie w domu, a moje kochane dziewczyny rozpakowały całość, chciał nie chciał jeszcze tego samego dnia obejrzeliśmy film i to dwukrotnie.
Film idealnie trafia w dziecięcą publikę, a całość to opowieść w opowieści, ale tak zręcznie przedstawiona, że dorównuje pierwowzorowi. Ortodoksyjni fani mogą z tym się nie zgodzić,  historia przedstawiona w książce jest tylko pretekstem do innej opowieści, jest jednym z głównych wątków ale nie jedynym, oba tak się przeplatają że dostajemy nową jakość.
Mamy małą dziewczynkę i jej mamę, która próbuje zaplanować dziecku życie, w tym celu przeprowadzają się do domu, który znajduje się w tej samej okolicy co jedna z najlepszych szkół w kraju. Są wakacje, a dziewczyna ślęczy nad książkami, krok po kroku realizując rozrysowany przez matkę plan. Wszystko się zmienia gdy poznaje starszego pana z naprzeciwka. W jej życiu zdominowanym tylko przez naukę i liczby pojawia się światło. Okazuje się, że sąsiad był pilotem i dawno temu na pustyni poznał małego chłopca. Staruszek dzieli się swą historią. Mijają kolejne wspólnie spędzane na czytaniu dni, dziewczyna czuje się szczęśliwa zaczyna coraz więcej rozumieć, aż do incydentu z samochodem. Gdy dowiaduje się o tym matka nie jest zadowolona, że jej pociecha odrywana jest od nauki, ta jednak do końca pragnie poznać historię Małego Księcia, gdy ją poznaje jest rozczarowana i oszukana. Wszystko się zmienia gdy staruszek ląduje w szpitalu...
W tym momencie zaczyna się nowa opowieść. Nie wszystkim może się podobać bo poznajemy dalsze dzieje Małego Księcia, ale całość wciąż niesie ze sobą to same przesłania co oryginał tyle, że bardziej współczesne i podane na tacy. Mojej córce się podobało, właśnie jesteśmy po czwartym seansie. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

The Last Kingdom serial

BBC nakręciło świetny serial na podstawie powieści Bernarda Cornwella. Nazwisko gdzieś mi się kołatało w głowie przy okazji Trylogii Świętego Graala, ale kompletnie nie zdawałem sobie sprawy że jest on twórcą serii o przygodach angielskiego żołnierza Richarda Sharpa. Książek nie czytałem, ale swego czasu TVP emitowała 15 odcinkowy serial BBC pod podobnym tytułem z Seanem Beanem w roli głównej, naprawdę świetny kawał kina osadzony w okresie wojen napoleońskich.
Wracając jednak do "Ostatniego Królestwa", trochę z zazdrością przyglądałem się jak angielska telewizja publiczna ekranizuje powieść osadzoną w okresie podbojów wikińskich i krystalizowania się państwa angielskiego.


  

Przedstawiona jest tu historia syna angielskiego możnowładcy. Uther po śmierci ojca dostaje się do niewoli Wikingów, a w zasadzie jarla Ragnara, który ponad wszystko ceni odwagę i męstwo. Chłopak jest zadziorny i bitny, stary wiking widzi to i dlatego czyni z młodego niewolnika, prawie swego syna.
Młodemu chłopakowi zdecydowanie bardziej odpowiada życie wśród Wikingów, nieskrępowane, dzikie i wolne, nieograniczone surowymi nakazami religii chrześcijańskiej, gdzieś jednak w głębi duszy nie przestanie być synem swojego narodu. Okazja nadarza się gdy jego przybrana wikińska rodzina zostaje haniebnie zamordowana a on sam musi się skryć i odnaleźć zemstę na mordercach. Rusza więc do największego na wyspie królestwa Wesseksu, by u boku tamtejszego władcy móc dokonać zemsty. Nic jednak nie układa się po myśli młodego wojownika, zostaje wplątany w sprawy wagi o wiele większej niż prywatna wendeta.
Serial jest o tyle ciekawy iż pomimo tego że akcja toczy się wokół głównego bohatera, poznajemy kawał średniowiecznej historii Anglii. Najazdy wikińskie, zjednoczenie rozbitych królestw pod władzą Alfreda Wielkiego, walka chrześcijaństwa z wciąż nie do końca wykorzenianymi starymi religiami, zdrady itp itd.
Serial ma tylko 8 odcinków a po obejrzeniu poczułem jakbym obejrzał kilka sezonów Gry o tron, akcja non stop pędzi do przodu, Uther gna przez ten średniowieczny świat na złamanie karku, jego towarzysze wyraźnie nie nadążają za nim, wykruszają się gdzieś po drodze,  a szczególnie mowa tu o płci pięknej. Robi dużo głupot nie uczy się na błędach (przynajmniej w tej odsłonie) ale jest honorowy i sprawiedliwy. Trochę potrwa nim przekona do siebie władcę Wesseksu i wiele poświęci by uratować swoją starą nową ojczyznę. Naprawdę świetny serial. 
Mam nadzieję że nie będę musiał długo czekać na kontynuację, Ostanie Królestwo to pierwszy tom z cyklu o Wojnach Wikingów która ma w sumie pięć odsłon.      



sobota, 12 grudnia 2015

Wroniec

Zimny grudniowy wieczór, wróciłem z pracy i na chwilkę przysiadłem na sofie. Dziewczyny gdzieś na górze szaleją, wkrótce przerwa świąteczna. Automatycznie sięgam po książkę z półki, traf chciał że trafiam na książkę wyjątkową, baśń dla dorosłych. Wroniec to nietypowa książka jak na Jacka Dukaja, to taki skok w bok od tego o czym pisze na co dzień. Dostałem ją na gwiazdkę 2009 roku, nim jednak zapoznałem się z treścią nastała gwiazdka kolejnego roku 2010, teraz przed kolejną, powróciłem do lektury ponownie.


Bohaterem jest mały sześcioletni chłopiec, Adaś. Adaś mieszka wraz z rodzicami, siostrą i babcią na jednym z wielu szarych polskich osiedli PRL. Na niemal takim samym jak i ja gdy byłem w jego wieku. Mieszkanie urządzone jest identycznie jak miliony podobnych mu w w latach 80-tych. Te same meblościanki , wykładziny i mały czarno-biały telewizor w centralnym miejscu domu. Rodzice całymi dniami pracują a dziećmi zajmuje się babcia. Dni mijają a największą atrakcją chłopca jest przyglądanie się ludziom i budynkom za okna. Wszystko zmienia się w pewny grudniowy wieczór, gdy w telewizorze pojawia się generał.




Kilka godzin później do domu Adasia zlatują się wrony rozbijają szybę i porywają jego rodzinę. Z pomocą chłopcu przychodzi sąsiad pan Beton, wspólnie w tą zimną grudniową noc próbują odnaleźć najbliższych chłopca. To co wydarza się potem nie jest do końca rzeczywiste, przynajmniej w naszym rozumieniu. Na brudnych szarych ulicach sześcioletni chłopiec spotyka wiele dziwnych postaci (miłychpantów, drapierzne kruki, stalowe suki, bubeków, złomota itp) które w dorosłym świecie maja swoje odpowiedniki, podąża przez miasto spowite Gazem a jego bronią jest umiejętność posługiwania się bajkami np. czapka staje się niewidką a odnaleziona U-Lotka pozwala mu się unosić nad miastem. Jego magiczne umiejętności, gdzie specjalne maszyny zszarzeją ludzi, ułatwiają mu konfrontację z tytułowym Wrońcem, który mieszka w wysokiej wieży w centrum miasta. Nim jednak dotrze na miejsce czeka go mnóstwo przygód, mnie osobiście podobał się fragment w kolejce, kiedy to Adaś utkną ukrywając się przed miłympanem i zaczął zapuszczać korzenie...



Opowieść trwa jedną noc, jest to jednak bardzo długa noc i choć kończy się szczęśliwie to jednak ma kilka poziomów jej zrozumienia. Magia przeplata się z rzeczywistością, jak w Alicji w krainie czarów postacie z bajki to odzwierciedlenie realnych istniejących rzeczywiście. Czytelnik bez względu na wiek odnajdzie tu coś dla siebie. Uniwersalna opowieść o miłości, stracie i poszukiwaniu osadzona w trochę nierealnym świecie, ale czy komunizm był realny, może też był tylko snem małego chłopca. Całość jest pięknie ilustrowana i godnie prezentuje się na półce 

niedziela, 6 grudnia 2015

Dzieci z Bullerbyn

Dzisiejszy wpis jest mikołajkowym chcę trochę zerknąć w przeszłość gdy każdego ranka mleko lało się strumieniami a ja będąc małym pacholęciem całymi dniami łaziłem umorusany od góry do dołu. Tak więc, będąc dzieckiem notorycznie przetrzymywałem książki ze szkolnej biblioteki, szczególnie upodobałem sobie twórczość Astrid Lindgren. Mając 10 lat zaczytywałem się w jej książkach, do dzisiaj mam takie marzenie by pewnego razu zamieszkać wraz z rodziną, gdzieś na wsi pośród pól i lasów jak moi mali bohaterowie z "Dzieci z Bullerbyn" i by moja córka miała okazję na przeżycie takich banalnych przygód jak one. Dla mnie namiastką takich przygód były wakacje u moich krewnych w pod radomskiej wsi. Noce na sianie, zabawy w Indian, popołudnia w jabłkowym sadzie, kąpiel w rybnym stawie itp itd.



Dzieci z Bullerbyn to książka wyjątkowa, po raz pierwszy przeczytana dobrowolnie i samodzielnie. Tak naprawdę to wszystko dzięki szkolnej świetlicy w której spędzałem czas po zajęciach lekcyjnych oczekując na rodziców. Było tam sporo dzieci, ale mieliśmy własną grupę, trzech chłopców i dziewczynę. Dziewczynka miała na imię Ania i wszystkim nam się podobała. Jej ulubioną pisarką była Astrid Lindgren, a w naszej bibliotece była dostępna jedynie książka o dzieciach z Bullerbyn i tak rozpoczęła się moja przygoda.
Książkę pokochałem tak bardzo że przez półroku nie pokazywałem się w bibliotece by tylko nikt mi nie kazał jej zwrócić. Każdego wieczoru i poranka przed szkołą na nowo przeżywałem przygody dzieci z małej szwedzkiej osady. Gdy te wracając ze szkoły odnalazły złotą koronę i kupiły sobie mnóstwo słodyczy i ja wracając ze szkoły sprawdzałem każdy pęk trawy, a nuż odnajmę swój skarb. Jakoś nie bardzo przeszkadzało mi, że głównym narratorem jest dziewczyna, a chłopcy tylko sprawiają kłopoty. Historia była super i tyle.
Dziś gdy ponownie powróciłem do lektury czytając mojej sześcioletniej córce, wspomnienia powróciły, a całość nic a nic nie straciła na aktualności. Zosia również wraca do opowieści w wersji angielskiej ucząc się czytać i na nowo poznaje przygody szóstki dzieci z Bullerbyn.

wtorek, 1 grudnia 2015

Pomnik cesarzowej Achai

Podchodzę do tego tekstu kolejny raz. Ponad dekadę temu miałem przyjemność nieco pofolgować swojej wyobraźni i pogrążyć się w lekturze Achai trzy tomowej historii o księżniczce z królestwa Troy. Autor Andrzej Ziemiański przedstawił alternatywny świat pełen przemocy i brudnej polityki. Główna bohaterka najpierw zostaje podstępnie pozbawiona tronu przez macochę, potem wcielona do armii, dostaje się do niewoli zostaje niewolnicą a następnie kurtyzaną. Jest to historia walki i drogi po władzę widziana z kilku perspektyw. Zwycięstwo nie oznacza wcale szczęśliwego zakończenia a jego koszt to ból i cierpienie. Zresztą cała ta opowieść to jedno wielkie cierpienie pomimo swego przesłania, nie zachęcająca by czytać je kolejny raz, bo jakże można kibicować historii w której bohaterka jest gnębiona i poniża, daje się jej nadzieje, by po chwili odebrać, a wszystko powtarza się w koło i w koło. Mimo to przeczytałem. W roku 2012 na półkach sklepowych pojawiła się kontynuacja Andrzej Ziemiański widocznie zatęsknił za tematem i postanowił powrócić do świata wykreowanego dziesięć lat wcześniej, a ja o zgrozo ponownie zagłębiłem się w lekturze.



Pozmieniał niemal wszystko, pozostawił świat a akcję umieścił 1000 lat po wydarzeniach z poprzedniego cyklu. Świat podzielony jest na dwie części Górami Bogów, ciągną się dookoła globu i sięgają stratosfery, tak wysoko, że jeszcze nikt nie zdołał ich przebyć. Półkula południowa nie ma pojęcia co znajduje się na północnej i na odwrót. Nagle pojawiają się ludzie za gór, którzy stoją cywilizacyjnie i technicznie o wiele wyżej od tubylców, żeby było bardziej interesująco są to żołnierze armii polskiej, a wraz z nimi przybywają incognito tajemniczy Ziemcy. 
Ziemcy to nie ludzie, w przeciwieństwie do istot rozumnych w opisywanym świecie nie są stworzeni a raczej ewoluowali ze zwierząt. Wszyscy szukają mitycznego pomnika cesarzowej Achai, który jest bramą, przejściem pomiędzy światami.
Mamy trójkę bohaterów czarownicę Kai, oficera polskiego wywiadu kapitana Tomasza i jakby nie z z tej ziemi, panią inżynier, a wszystko to taki miszmasz techniki i magi w nieco bondowskim stylu. Polska po drugiej stronie gór to mocarstwo, mające metalowe okręty, łodzie podwodne i latające statki. Polacy proponują wsparcie militarne podupadającemu cesarstwu, jedynie czego pragną to wybudować bazę wojskową w tej części świata i ropy na którą jest wysokie zapotrzebowanie w ich kraju, a tu jest to kompletnie bezużyteczna ciecz. Muszą się śpieszyć bo nie tylko oni jedyni mają podobne plany, a do tego dochodzą tajemniczy Ziemcy i bliżej nieokreślona organizacja. Bardzo fajne czytadło, idealne jako taki płodozmian przed czymś ambitniejszym. Minus, trochę na siłę rozciągnięte, niby sporo akcji i wątków, ale nie wprowadzą niczego nowego i nie popychają fabuły do przodu. Jak do tej pory wydane zostało cztery tomy, ale pewnie nie skończy się na kolejnych dwóch. 

niedziela, 29 listopada 2015

Szkoła fotografowania - National Geographic

Dziś będzie trochę sentymentalnie, ale również praktycznie. Swego czasu byłem dość mocno zainteresowany fotografią. Kupiłem sobie lustrzankę Pentax K10, kilka obiektywów, statyw, filtry itp. Udzielałem się na kilku forach fotograficznych, których dziś nie mogę odnaleźć w sieci. Pozostało mi kilka fajnych fotek w albumie (cały sprzed sprzedałem w 2013 roku) i książek. Szczególny sentyment mam do tej wydanej pod patronatem National Geographic Petera Buriana i Roberta Caputo.


Książka ma już swoje lata, gdy weźmiemy pod uwagę postęp w tej dziedzinie. Jej pierwsze wydanie datuje się na 1999 rok, moje pochodzi z roku 2003, tak więc nie uświadczymy tu zbyt wielu informacji o fotografii cyfrowej. Całość jest podzielona na dwie części, omówienie podstawowych wiadomości i teorii:

Wyraz fotografia w dosłownym tłumaczeniu z greki znaczy: rysowanie światłem. Istotnie prawie wszystko w fotografii ma związek ze światłem. Światło odbite od sceny tworzy obraz. Z chwilą otwarcia migawki aparatu światło przechodzące przez obiektyw pada na powierzchnię filmu, naświetlając światłoczułe drobiny w jego emulsji. Film wywoływany jest następnie w odczynach chemicznych, tworząc negatyw. Negatyw rzutowany na arkusz światłoczułego papieru tworzy obraz, dzięki czemu powstaje odbitka barwna lub czarno-biała.

Od tego krótkiego wstępu autorzy prowadzą nas krok po kroku przez świat podstaw fotografii. Tłumaczą nam jak ważne jest światło i ekspozycja, co to jest ISO (czułość filmu), czas naświetlania, ruch a czas naświetlania, głębia ostrości a przesłona i jak ważna jest kompozycja.


Jest kilka stron o aparatach, ich budowie i rodzajach. Całkiem sporo o obiektywach i ich znaczeniu w fotografii, filtrach, statywach, lampach błyskowych i w obecnych czasach chyba najmniej przydatny paragraf o filmach i ich czułości. Gdy już przejdziemy przez teorię dostajemy perełkę w postaci drugiej części zatytułowanej Świat tematów. 

Świetne zdjęcia przybierają wprawdzie najróżniejsze formy, lecz wszystkie mają jedną wspólną cechę: każde z nich wyraża uczucia: radości lub smutku, współczucia, odrazy, czy wreszcie prostej, a niemożliwej do opisania, przyjemności patrzenia na coś, co przemawia do naszego oka i umysłu. Fotograf przekazuje nam te uczucia dzięki szczęśliwej kombinacji własnej wrażliwości - oka artysty - ze znajomością narzędzi i techniki. Aby otrzymać obraz, który jest zarówno odzwierciedleniem tematu, jak i opowieścią o nim, fotograf patrzy, myśli, wybiera właściwy sprzęt, a następnie przyciska spust migawki.





W ostatniej części mamy zebrane propozycje tematów do fotografowania. Okraszone są one tekstami znanych współpracowników National Geographic opatrzone pięknymi zdjęciami i pełne użytecznych rad. Na sam koniec, chyba trochę na siłę, wciśnięty został krótki paragraf Komputery a fotografia z kilkoma informacjami jak można je wykorzystać w obróbce zdjęć.


wtorek, 24 listopada 2015

Angole

Lubię czytać reportaże, najbardziej pociągają mnie te z egzotycznych miejsc. "Angole" Ewy Winnickiej, to podróż w rejony, które raczej omijałem, może dlatego że dotyczą mnie bezpośrednio. Od czasu do czasu trzeba się jednak zmierzyć ze swymi demonami. Tak więc zrobiłem.




Nie jest łatwo z pośród 2 milionów emigrantów wybrać kilkudziesięciu, którzy mieli by być reprezentatywni dla takiej grupy. Trzeba kierować się kluczem, tym kluczem w książce jest poziom atrakcyjności czytelniczej. Nie uświadczymy tutaj historii typowego emigranta, doświadczymy natomiast skrajności. Mamy samotną matkę z synem i partnerem (problem z alkoholem), przedsiębiorcę który wyemigrował w latach 80-tych, sprzątaczkę  walczącą z siecią Hilton, pracownika korporacyjnego, pracownika przy taśmie, absolwenta prywatnej uczelni itd.
Ewa Winnicka zebrała w swojej książce 36 historii, jest tego sporo, z opowieści bohaterów dowiadujemy się sporo o kodzie językowym i stosunku tubylców do emigrantów. Uświadamiają nam jak bardzo ważna w Wielkiej Brytanii jest przynależność do klasy społecznej i akcent. Tłumaczą nam pojęcie passive aggressive:

Metoda z grubsza polega na tym, że Angol nie dawał mi żadnych obowiązków, a ja czułam, że on nie chce mieć ze mną nic wspólnego.Chwilę potem mówi, że jestem do niczego. "I can't do anything, sorry".
Piszę maila do klienta. On tego maila każe do siebie przesłać, żeby sprawdzić, czy dobrze napisany. 

Mamy tu kobietę, która stara się pomagać nowo przybyłym i która po kilku miesiącach wypala się kompletnie od nadmiaru pracy.
Poszczególne historie są krótkie i szybko się je czyta. Dają dużo do myślenia jeżeli myślisz o emigracji i rewidują twoje spojrzenie gdy już na niej jesteś. Ciekawa lektura.


sobota, 21 listopada 2015

Gottland

Mariusz Szczygieł gdzieś głęboko w mojej podświadomości miał taką łatkę, pana od  od infantylnych pytań z talk-show "Na każdy temat" nadawanego w drugiej połowie lat 90-tych w telewizji Polsat. Od czasu do czasu czytałem jego relacje z Czech w Gazecie Wyborczej, ale nie potrafiłem wziąć go na poważnie. Ten okres zakończył się definitywnie po lekturze "Gottland" cyklu reportaży z Czech.



Paradoksalnie zacznę od końca, a więc co sam Mariusz Szczygieł pisze o swojej książce w ostatnich akapitach: 

Gdy "Gottland" chciał wejść na rynek francuski, usłyszałem obawy, że może nie znaleźć czytelników. Nie wiadomo, czy kogoś na zachodzie zainteresuje, co ma do powiedzenia Polak o Czechach. Zrozumiałem to, przedstawiciel jednego marginalnego narodu pisze o drugim marginalnym narodzie i trudno spodziewać się sukcesu.
Kiedy więc "Gottland" został Europejską Książką Roku, powiedziałem w swoim przemówieniu: "Cieszę się, że książka Polaka o Czechach została uznana za książkę Europejczyka o Europie".

Poznajemy więc świat Czechów z perspektywy polskiego reportażysty. Autor im podjął się tego karkołomnego zadania wpierw spędził wśród tubylców kilka ładnych lat, poznał ich kulturę i nauczył się języka. W książce poznajemy historię XX-wiecznych Czech poprzez pryzmat mniej lub bardziej znanych postaci. Zaczynamy od Tomasa Baty, ubogiego syna szewca który, konsekwentnie dorabia się dużych pieniędzy widząc szanse tam gdzie inni widzą porażkę. Najpierw postanawia uczyć się od najlepszych czyli w amerykańskich fabrykach Forda (dziś byśmy powiedzieli, że uprawiał szpiegostwo przemysłowe) następnie zakłada fabrykę obuwia a na jej drzwiach widnieje napis "dzień ma 86 400 sekund". Dorabia się pierwszych pieniędzy gdy wybucha I wojna światowa, wpada na pomysł jak obuć armie austro-węgierską. W latach 30-tych gdy panuje recesja, sprzedaje buty po zaniżonych kosztach, tnie pensje swoich pracowników, a żeby ich jeszcze bardziej do siebie przywiązać  buduje dla nich tanie domy czynszowe, stołówkę pracowniczą i szkołę zawodową. Jest jedynym pracodawcą w regionie, a kto wie, może i w kraju. Miasteczko Zlin staje się takim państwem w państwie, a historia Baty taką czeską opowiastką o dyktaturze. Niemcy mieli Hitlera, Włosi mieli Mussoliniego, Rosjanie Stalina, Hiszpanie Franko, Polacy Piłsudskiego, a Czesi Tomasa Bate - jaki kraj taka dyktatura.
Takich historii jest tu więcej dowiadujemy się na ich podstawie na czym polega czeski konformizm i pragmatyzm. Autor ma fenomenalną zdolność ukazywania drugiego dna, w czymś na pozór zwyczajnym.
Mnie osobiście podoba się bardzo historia największego na świecie pomnika Józefa Stalina (zdjęcie widnieje na okładce książki) i okoliczności śmierci jego budowniczego Otakara Sveca.

Jest wieczór, jakiś czas przed odsłonięciem. Otakar Svec wychodzi z pracowni, bierze taksówkę i jedzie pod Letną spojrzeć incognito na pomnik. Pyta taksówkarza, co sądzi o dziele.
- Coś panu pokaże - mówi taksówkarz. - Niech pan się przyjrzy sowieckiej stronie.
- A co tam jest?
- No chyba widać. Przecież partyzantka trzyma żołnierza za za rozporek.
- Co?!
- Panie jak go odsłonią, to tego, co to projektował, na sto procent rozstrzelają.
Otakar Svec wraca do pracowni i tam popełnia samobójstwo.

Nie chce psuć zabawy z odkrywania tak nieodległej historii naszych południowych sąsiadów, bo warto ich kojarzyć nie tylko z czeską komedią, krecikiem i wojakiem Szwejkiem.

czwartek, 19 listopada 2015

Dziennik - Jerzy Pilch

Mam kilku takich pisarzy, których potrafię rozpoznać po przeczytaniu jednego no może dwóch zdań. Bez wątpienia jest nim Jerzy Pilch. W jego pracach wyczuwa się taką specyficzną nonszalancję, takiego intelektualisty, co z każdego garnka już jadł i do niemal każdego kieliszka zaglądał, a do tego ma dystans, do tego co mówi, czy piszę. Trochę zrzędzi, trochę narzeka, ale jak się przekroczyło sześćdziesiątkę i ma objawy parkinsona to wolno.  


"Dziennik" Jerzego Pilcha to nie jest moje pierwsze spotkanie z tym autorem i na pewno nie ostanie. Pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczytywałem się w jego felietonach na łamach tygodnika "Polityka", potem w ręce wpadła mi książka "Spis cudzołożnic", przeczytałem raptem kilkadziesiąt stron, nie wciągnęła mnie, odłożyłem. Kilka lat później przeczytałem "Tezy o głupocie, piciu i umieraniu" i pokochałem ten styl. Za każdym razem jest to ta sama opowieść o dojrzałym mężczyźnie kochającym życie, ale w tym życiu zagubionym. Nie ważne czy chodzi o alkohol, kobiety, pieniądze czy politykę to wciąż ta sama osoba. Intelektualista, bawidamek, alkoholik ale cholernie inteligentny i spostrzegawczy. Chce się doświadczać tego co przeżywa, czy dotyczy to rynsztoka czy kultury wysokich lotów.
To wszystko można odnaleźć w "Dzienniku" spisywanym każdego dnia od 21 grudnia 2009 do 21 listopada 2011 roku. Z tymi dziennym wpisami to trochę bujda, bardzo często myśl zaczyna się jednego dnia a kończy drugiego, poza tym są to przemyślenia kilku zdaniowe, przerywane dla potrzymania dramaturgi. Jest sporo o piłce nożnej z uwzględnieniem ukochanego klubu Cracovii, którego to nie chce znać, a jednak co tydzień wybiera się na stadion by dopingować tych patałachów. Bardzo dużo rozważań na tematy polityczne, trochę narzekań na znajomych i przyjaciół, całkiem sporo komentarzy na tematy religijne. Jerzy Pilch to luteranin z Wisły, jest z tego dumny, jak sam twierdzi do Boga ma daleko, ale są mu bliskie protestanckie wartości.
Najwięcej jednak jest tu przemyśleń o literaturze i jej twórcach. Jerzy Pilch dużo czyta i często wraca do lektur przeczytanych, z mijającymi latami odkrywa je na nowo.
Mnie osobiście przypadł do gustu komentarz na temat "Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego, który cytuje poniżej:

8 marca 2010

(...) cała ta nadmierność dyskusji wokół "non-fiction" dosyć mnie zraża. Czy wszystko zostało powiedziane, nie wiem, szczerze mówiąc, wątpię, wszystkiego, jak na razie, nie powiedział nawet Pan Bóg. Bredni padło jednak sporo.
(...) swoją drogą ci mądrale, co twierdzą, że od dawna wiedzieli: Kapuściński kreował, nie był realistą - specjalnie śmieszni. Odkąd kreacja wyklucza realizm? Niewątpliwie od kiedy nie lada głowy biorą się do rozstrzygania tak wstrząsającego problemu z zakresu sztuki układania słów.


poniedziałek, 16 listopada 2015

Nocni wędrowcy

Do każdego kolejnego wpisu na tym blogu staram się znaleźć klucz, staram się czytać to co lubię, ale bardzo często, gdy już coś czytam, robię to w jakimś kontekście. Sięgam po książki bo czegoś mi brakuje bądź jestem pochłonięty jakimś tematem, bywa i tak że podświadomość podsuwa mi kolejną książkę. 
Po "Nocnych wędrowców" Wojciecha Jagielskiego sięgnąłem z sympatii do tego autora. Los chciał że gdy książka do mnie dotarła urodziła się moja córka, Zosia. Pojawiła się około 6 tygodni za wcześnie i kilka tygodni wraz z mamą spędziła w szpitalu. Ja natomiast wieczorami zaszywałem się w pokoju i pochłaniałem kolejne strony opowieści.


Poprzednie książki Wojciecha Jagielskiego opowiadały o wojnie w Afganistanie, o konfliktach etnicznych na Zakaukaziu. Były to wojny dorosłych, co prawda gdzieś w cieniu przemycał historię kobiet i dzieci, ale tylko jako tło, dopełnienie opowieści. 
Tym razem jesteśmy w Afryce, w samym jej centrum, Ugandzie. Tytułowi Nocni Wędrowcy to grupy malców, chroniące się nocą w mieście przed atakami swoich rozmiłowanych w zabójstwach rówieśników, to opowieść o dzieciach (z plemienia Aczolich) zasilających Bożą Armię (stworzoną przez Josepha Kony'ego), stanowiącą jedyne chyba na świecie wojsko dzieci, walczące z dorosłymi i dokonujące zbrodni i okrucieństw, na jakie dorośli by się nie poważyli. Dorośli bez słowa ustępują im pola. Uganda Jagielskiego to kraj, w którym żołnierz nie waha się strzelać do pięcioletniego chłopca, bo wie, że nie jest to już niewinne stworzenie, tylko zimny, wyrachowany zabójca, tym gorszy, że niedorosły.

(...) po jakimś czasie i odpowiednim przyuczeniu uważają wojnę za rozrywkę, za grę, w którą bawiły się lub bawiłyby się na podwórkach i szkolnych dziedzińcach. Nie czują strachu przed śmiercią - własną ani cudzą - bo, w przeciwieństwie do dorosłych, nie myślą o niej. Nie boją się, bo zdążyły przeżyć tak niewiele, tak niewiele poznały, tak niewiele mają do stracenia. Brak im doświadczeń, zamierzeń i marzeń, zobowiązań i obowiązków.

Nie macie już innej drogi. W waszych wioskach i domach nikt już was nie przyjmie - mówili - Nikt już was tam nie chce, nie czeka, nikt nie będzie kochał. Zabiliście, a zabójców się przeklina. Ale nie wolno wam uciekać ani płakać.Radujcie się, bo oto zostaliście żołnierzami Bożej Armii.

... J. Kony

To również opowieść o roli dziennikarza, wysłanego w miejsce zapomniane przez Boga. O jego bezsilności. Rozpaczy. Czy kilka słów wysłanych w prasowej korespondencji ma jakiekolwiek znaczenie, czy wpłynie na życie ludzi tu spotkanych, czy ulży im w cierpieniu. Czy reporter powinien być obiektywny gdy spotyka zło które nie można opisać słowami. Autor pozostawia nas bez odpowiedzi.

"Nocni wędrowcy" to nie do końca reportaż to lekko fabularyzowana opowieść, nie wiemy czy spotkani bohaterowie są realni, czy to może tylko duchy których wiele jest w Afryce. Autor wraca w te same miejsca, ale już nie może spotkać swego przewodnika Jacksona. Jest jednak obóz i są dzieci, niegdyś żołnierze Bożej Armii, dziś biegają po placu i bawią się.

niedziela, 15 listopada 2015

Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie

Pięć razy w tygodniu o 6:05 po szybko wypitej kawie wrzucam na siebie rowerową kurtkę w kolorze dojrzałej pomarańczy, czarny jak węgiel kask i pędzę 10 km do pracy. Trzydzieści pięć minut, tyle trwa mój czas z radiem, tak, najczęściej słucham radia, mam na swoim smartphonie aplikację Tunein Radio i tak sobie słucham. Problemy zaczynają się między 3 km a 5 km  gdzie zanika mój zasięg i zapada cisza a do tego jest ciemno jak...
Rozwiązaniem jest audiobook, w ten sposób rekompensuje sobie zaległości w lekturze. Wyobraźcie sobie teraz moją radość gdy mogłem połączyć miłość do radia i książek. Marek Niedźwiecki, ten Marek z radiowej trójki, wydał w wersji audio swoje wspomnienia "Radiota, czyli skąd biorą się Niedźwiedzie".




Marek Niedźwiecki to pasjonata jego życie to radio, będąc już nastolatkiem wiedział co chce robić i kim chce być. Chciał pracować w radiu i być radiotą. O tym jest książka, jak z małego Sadku (z tej miejscowości pochodzi nasz bohater), poprzez studia i pracę w Łodzi trafił do Warszawy i Polskiego Radia 3. Cudowne jest to że całej historii towarzyszy głos Marka Niedźwieckiego to on opowiada swoje perypetie. 
Nie znajdziemy tu nic niezwykłego krok po kroku spełniają się młodzieńcze marzenia naszego bohatera. Opowiada o swojej rodzinie, przyjaciołach, pracy w studenckim radiu Żak o okolicznościach przejścia do PR 3 (był to rok 1982 początek stan wojennego w Polsce), jak po przez korespondencje z rówieśnikami z innych krajów uczył się języków, o tym jak pierwszy raz wyjechał zagranicę a potem za ocean, trochę o fanach i psychofanach, występach w telewizji itd itp...
Ciągnie tą swoją opowieść pojawiają się nowe postacie Wojtek Man , Miecugow, Atlas, Turski, Olejnik a my tak słuchamy i słuchamy bez końca. Każda książka ma jednak swój koniec tu jest to koniec całkiem otwarty i pomimo że Marek Niedzwiecki jest osobą skrytą, bez wątpienie będzie kontynuacja tych wspomnień bo przecież nie może być inaczej.

Marek Niedźwiecki to zadowolony z siebie perfekcjonista, który żyje swoją pasją to co robi, robi na 100%, a marzenia ma po to by je spełniać.

sobota, 14 listopada 2015

Rwący nurt historii

Brak mi słów... by opisać jak mieszane mam uczucia w związku z wczorajszymi wydarzeniami. Wiem natomiast co nas czeka w najbliższych dniach złość, pogarda, nienawiść i rozpacz do tego dojdzie bezsilność. Bo na kogo mamy skierować naszą frustrację na to co się wydarzyło w piątek 13-tego w Paryżu. W zamachach terrorystycznych zginęło ponad 120 osób. My siedząc na ciepłych kanapach pochłonięci byliśmy kolejnymi golami Roberta Lewandowskiego w meczu z Islandią, a tam umierali ludzie. Kto do nich strzelał, kto detonował bomby, kto w końcu umierał. Idąc na łatwiznę można by rzec kolejna grupa islamistów zabija przedstawicieli naszej zachodnio-europejskiej cywilizacji. Nie znam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie wiem również kto miał zaszczyt umierać jako statystyczny przedstawiciel naszej kultury, ilu było chrześcijan, żydów, muzułmanów bądź ateistów. Nie wiem również ile było kobiet i dzieci, ile gejów i heteroseksualistów, bo wobec śmierci wszyscy są równi. I tych co pociągnęli za spust też nie ma.
Blog ten jest o książkach. Czytając uczymy się i rozumiemy nieco lepiej otaczający nas świat. Szukamy odpowiedzi, często są udzielane wprost: białe-czarne, dobry-zły. Zdarza się i tak, że gubimy się w tych kolorach i odcieniach szarości.


Po książkę Ryszarda Kapuścińskiego "Rwący nurt historii" sięgam właśnie w takich chwilach, gdy pragnę zrozumieć. Kapuściński jak nikt inny rozumie człowieka. Szczególnie człowieka z pogranicza cywilizacji, zagubionego i samotnego. Jest to praca nietypowa już przez sam fakt że została wydana po śmierci autora. Jest to zbiór wypowiedzi, przemyśleń, wywiadów o wydarzeniach w jakich przyszło mu żyć, jak nosi pod tytuł książki są to zapiski o XX i XXI wieku. 
Jeden z rozdziałów nosi tytuł "Żyć w ummie. Islam". Krok po kroku zebrano wypowiedzi autora o jego pierwszym spotkaniu z islamem, kiedy to mówi że nie ma jednego islamu. Rozróżnia islam "pustyni" i "rzeki". Pierwszy jest wojujący nastawiony na przetrwanie, drugi natomiast to liberalny skupiony w wielkich miastach gdzie kwitnie kultura (Kair, Bagdad, Damaszek, Istambuł). Przedstawia pokrótce różnice kulturowe (islam to wszystko, to prawo, to szariat) i narodziny małych grup sekt w obrębie islamu np. asasynów (taki odpowiednik europejskich krzyżowców). Mówi o doświadczeniach w pierwszych kontaktach wyznawców obu religii o powstrzymaniu fali arabskiej przez Karola Młota a potem tureckiej przez Jana III Sobieskiego pod Wiedniem. Jest trochę o kolonializmie, eksploatowaniu złóż ropy naftowej jak i innych surowców. Daje do zrozumienia że ani my ani oni nie mamy dobrych doświadczeń, a do tego dochodzi telewizja.

Trzeba pamiętać, że nasz stosunek do islamu kształtuje siła wielkich sieci telewizyjnych. Na ogół więc nie mamy własnego poglądu, własnej wiedzy - korzystamy z pośrednictwa tych kanałów informacji. Ponieważ sieci owe mają za zadanie kształtować nieufność w stosunku do świata muzułmańskiego, nasz punkt widzenia naznaczony jest stronniczością. Dyskutujemy więc zazwyczaj, dysponując jedynie zmanipulowaną porcją informacji, którą daje się nam do wierzenia. 

Zauważa również że: (...) islam, w przeciwieństwie do innych religii, skutecznie opiera się procesom sekularyzacyjnym. Właśnie to niepokoi zachodnich politologów i socjologów. Samuel Huntington krytykuje swoich rodaków, którzy mylili "westernizację" z modernizacją. Amerykanie myśleli, że jeżeli da się innym coca-colę, telewizor i samochód, to obdarowani staną się podobni do Amerykanów. Tak się jednak nie dzieje - mieszkańcy krajów islamskich przyjmują zachodnią technologię, ale nie przyswajają sobie zachodnich wartości.



Pamiętam, jak kiedyś w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zobaczyłem młodą dziewczynę. Widok niesamowity - była Arabką, miała może szesnaście-siedemnaście lat, zgrabna, w obcisłych dżinsach, bluzeczce i... z czarczafem na głowie! Muzułmańska kobieta musi nosić chustę, bo Koran mówi, że włosy stanowią źródło podniety, więc kobieta nie może ich pokazywać. Obyczajów religijnych, które współistnieją z nowoczesnością, jest znacznie więcej.

Kończy swoje rozważania stwierdzeniem: Czy tego chcemy, czy nie, musimy się pogodzić z faktem, że żyjemy w świecie wielokulturowym, który będzie się stawał jeszcze bardziej różnorodny. Dzisiaj nie da się już pozostawać w kulturowej izolacji. Naszym zadaniem jest więc znalezienie sobie w tym świecie miejsca, a pierwszą zasadą owego poszukiwania jest zasada tolerancji, uznania, że - jak mówił Bronisław Malinowski - nie ma kultur wyższych i niższych. Zasadzie tolerancji musi towarzyszyć poznawcza ciekawość - musimy zdobyć elementarną wiedzę o kulturze islamu - i życzliwość. Taka postawa nie jest jedynie odruchem dobrego serca, ale od niej zależy sam byt naszej cywilizacji, w tym naszego kraju.

Większość wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego zawarta w tym rozdziale pochodzi z roku 1998, dziś mamy 2015, ciekawe jak wielu z nas myśli podobnie.

środa, 11 listopada 2015

Długa droga w dół

Wtorkowy późny wieczór, deszcz rytmicznie stuka w okna naszego ciepłego pokoiku, jest miło i przytulnie, a moje kochanie prosi o jakąś sympatyczną romantyczną komedię na poprawę humoru. Jakby na to nie patrzyć mamy XXI wiek uruchamiam aplikację Netfliks  na smartphonie i szukam. Po chwili oczom moim ukazuje się film "A Long Way Down" nakręcony na podstawie książki Nick'a Hornby'ego...


... o ile dobrze pamiętam wszystko można powiedzieć o niej, ale nie, że to komedia romantyczna.
Książka ta zdecydowanie nie jest przedstawicielem tego gatunku, a film pomimo w miarę wiernej adaptacji ma elementy komedii romantycznej, a do tego kończy się happy endem, czego nie uświadczymy w książce, której zakończenie jest otwarte. Kino rządzi się jednak innymi prawami niż literatura. Tak więc o czym jest historia?
Oto pewnej sylwestrowej nocy na dachu tzw. Domu Skoczka w Londynie spotykają się Martin, niegdyś znany prezenter telewizyjny, Jess – zbuntowana i zagubiona nastolatka o niewyparzonym języku, Maureen- samotna kobieta opiekująca się niepełnosprawnym synem i JJ – Amerykanin, który po stracie dziewczyny i zespołu muzycznego stracił również sens życia. Dla każdego z tej czwórki bilans życiowy sporządzony w sylwestrową noc wydał się na tyle niekorzystny, że postanowili ze sobą skończyć. Los chciał że cała ta czwórka spotyka się na dachu w tym samym czasie, ciężko jednak porwać się na taki krok gdy panuje przysłowiowy tłok. Zaczyna się rozmowa o powodach, a z czasem grupa ląduje u Martina w domu i podpisuje pakt. Dają sobie czas do Walentynek tj do 14 lutego kolejnego dnia o największej liczbie samobójstw i jeżeli ich życie nie ulegnie zmianie skoczą w dół. 
Nawiązuje się nieformalna grupa wsparcia, pomimo konfliktów i zgrzytów bohaterowie starają się siebie zrozumieć i mimo woli, a czasami braku chęci pomagają sobie. Nawiązuje się przyjaźń, która pozwoli im nieco zmienić swój stosunek do samych siebie. Życie bohaterów nie poprawia się, nie zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale widać siłę, jaką daje im kontakt z drugim człowiekiem. Każdy ma powód by skoczyć z dachu, każdego byśmy zrozumieli i rozgrzeszyli. Jest to opowieść o śmierci i życiu, opisana z humorem, pełna trafnych obserwacji. Skoczek samobójca ma pięć sekund nim uderzy o ziemie, oni dają sobie 45 dni.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Heban - Cień słońca

Spacerując jakiś czas temu ulicami Exeter wstąpiłem na chwilę do Waterstones takiego angielskiego Empiku. Z mojej strony było to całkiem celowe zagranie gdy ogarnia mnie jesienna chandra, to jedno z nielicznych miejsc gdzie mogę podładować sobie baterie, do tego serwują tam pyszną kawę. Tak więc przeglądając półki z książkami mój wzrok zatrzymał się na "The Shadow of the Sun" Ryszarda Kapuścińskiego...


... jest to angielskie wydanie książki "Heban". Na chwilę zaniemówiłem, sprawiła to okładka. Przed oczyma miałem polskie wydanie ascetyczne brązowo-białe z afrykańską maską pośrodku. Tu mamy całą paletę barw, jest i maska ale przede wszystkim widzimy zarys kontynentu i słońce.

Przede wszystkim rzuca się w oczy światło. Wszędzie - światło. Wszędzie - jasno. Wszędzie - słońce. Jeszcze wczoraj, ociekający deszczem, jesienny Londyn. Ociekający deszczem samolot. Zimny wiatr i ciemność. A tu, od rana całe lotnisko w słońcu, my wszyscy - w słońcu.

Tak Ryszard Kapuściński rozpoczyna swoją opowieść o Afryce i tak to czułem gdy spojrzałem na okładkę. Powiem szczerze, że i tytuł wydał mi się tu bardziej trafny "Cień słońca", bo taka po lekturze tego zbioru reportaży jest Afryka, na uboczu wielkiego świata, uśpiony, przyczajony tygrys, który czeka na swój czas.
Jest to książka o zderzeniu dwóch cywilizacji europejskiej i afrykańskiej, dwóch stylów życia i dwóch światów, jest to książka o człowieku który przez kilkanaście lat przemierzał ten kontynent próbując go poznać i zrozumieć.

Europejczyk i Afrykanin mają zupełnie różne pojęcia czasu, inaczej go postrzegają. W przekonaniu europejskim czas istnieje poza człowiekiem, istnieje obiektywnie, niejako na zewnątrz nas, i ma właściwości mierzalne i linearne. Według Newtona czas jest absolutny: "Absolutny, prawdziwy, matematyczny czas płynie sam przez przez się i dzięki swej naturze, jednostajnie, a nie zależnie od jakiegokolwiek przedmiotu zewnętrznego". Europejczyk czuje się sługą czasu, jest od niego zależny, jest jego poddanym. Musi przestrzegać terminów, dat, dni i godzin. porusza się w trybie czasu, nie może poza nim istnieć. Między człowiekiem i czasem istnieje nierozstrzygalny konflikt, który zawsze kończy się klęską człowieka - czas człowieka unicestwia.

Inaczej pojmują czas miejscowi, Afrykańczycy. Dla nich czas jest kategorią dużo bardziej luźną, otwartą, elastyczną, subiektywną. To człowiek ma wpływ na kształtowanie czasu, na jego przebieg i rytm (oczywiście, człowiek działający za zgodą przodków i bogów). Czas jest nawet czymś, co człowiek może tworzyć, bo np. istnienie czasu wyraża się poprzez wydarzenia, a to, czy wydarzenie ma miejsce czy nie, zależy przecież od człowieka. Jeżeli dwie armie nie stoczą bitwy, to bitwa ta nie będzie miała miejsca (tzn. czas nie przejawi swej obecności, nie zaistnieje).
Czas pojawia się w wyniku naszego działania, a znika, kiedy go zaniechamy albo w ogóle nie podejmiemy. Jest to materia, która pod naszym wpływem może zawsze ożyć, ale popadnie w stan hibernacji i nawet niebytu, jeżeli nie udzielimy jej naszej energii. Czas jest istnością bierną, pasywną i przede wszystkim - zależną od człowieka. (...)
Toteż  Afrykanin, który wsiada do autobusu, nie pyta, kiedy autobus odjedzie, tylko wchodzi, siada na wolnym miejscu i od razu zapada w stan, w jakim spędza znaczną część swego życia - w stan martwego wyczekiwania. (...)

Szczerze polecam tę książkę, warto przeczytać nawet wielokrotnie, dla tych smaczków, których nie spostrzeżemy za pierwszym razem.