Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2020

Fiedler. Głód świata

Przyznać się muszę że z wypiekami na twarzy czekałem na biografię Arkadego Fiedlera. Przede wszystkim pamiętałem jedną z nielicznych lektur, które przypadły mi do gustów w szkole Dywizjon 303, a także jego podróże w okresie międzywojennym na Madagaskar badające grunt przyszłej polskiej kolonizacji tej wyspy. Polski podróżnik, obieżyświat, który w czasie II wojny światowej był korespondentem wojennym na zachodzie europy.


Jego kulisy powrotu po wojnie i powojenne losy były dla mnie owiane tajemnicą. Sam Fiedler popełnił kilka autobiograficznych pozycji ale jego poczynania w PRL-u osnute są mgłą niewiedzy. Po roku 1956 był jednym z najbardziej poczytnych polskich autorów, jego książki wydawane w milionowych nakładach na całym świecie rozbudzają wyobraźnię. Jako jeden z nielicznych mógł sobie pozwolić na podróżowanie po najdalszych krańcach świata. Pomimo, że nigdy nie wstąpił do PZPR-u był hołubiony przez ówczesną władzę.
Piotr Bojarski w Fiedler głód świata, przybliża nam tą wyjątkową postać. Rok po roku drobiazgowo prowadzi nas przez zawiłe losy podróżnika. Bliski kontakt z ojcem, szkoła w zaborze niemieckim, pierwsze przyjaźnie i romansy, czynny udział w walce o uzyskanie niepodległości ukształtowały autora. Ojciec wpoił mu miłość do ojczyzna i podróżowania. Przeżył zaborców, sanację, wojenną tułaczkę i gorzko-słodki powrót do Polski w roku 1947. Jego osobiste przeżycia i doświadczenia sprawiły, iż stał się egocentrykiem-konformistą któremu przyświecał jeden cel. Podróże. To na nie szykował się miesiącami, następnie na kolejne zaszywał się w egzotycznych odstępach dzikich krain by nasiąkać ich klimatem. Po powrocie rzucał się w wir pracy nad książką. Polityka i świat jako taki był na dalszym planie. Na pierwszym miejscu pasja to ona go określała to ona szeregowała priorytety. Rodzina pomimo że była dla niego bardzo ważna i nim gdziekolwiek się wybierał wpierw zabezpieczał byt najbliższym to jednak w trakcje kolejnych wypraw schodziła na drugi plan. 
Arkady Fiedler urodził się w 1894 roku zmarł w 1985. To naprawdę spory odcinek czasu pełen wydarzeń mających wpływ na Świat i Polskę choćby z tego powodu jest to interesująca pozycja.

niedziela, 28 stycznia 2018

Księżniczka po przejściach. Nie tylko o Gwiezdnych Wojnach.

Do zakupu książki zachęciła mnie cena (wyprzedaż) i przedświąteczne szaleństwo związane z filmem Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi. Śmieć Carrie Fisher odtwórczyni księżniczki Lei poruszyło społeczność fanowską i skłoniła do przypomnienia kim właściwie była ta wyjątkowa postać. 




Rodzicami Carrie była dwójka najbardziej znanych gwiazd ówczesnego amerykańskiego show-biznesu Eddie Fisher, znany piosenkarz lat 50-tych i aktorka Debbie Reynolds gwiazda Deszczowej Piosenki. Pomimo tego jej życie nie było usłane różami. Ojciec dwa lata po jej narodzinach związał się z Elizabeth Taylor, a matka prawdopodobne z rozpaczy z podstarzałym biznesmenem.
W książce pomimo niewielkiego formatu odnajdziemy wiele informacji z życia gwiazdy, problemów z jakimi się borykała i ludzi których napotkała na swojej drodze. Wszystko podane jest jednak w nietypowej formie. Nie nazwał bym tego autobiografią, a raczej słodko-gorzką opowieścią o dziewczynie która szukała miłości. Autorka mocno ironicznie a zarazem z dystansem podchodzi do swoich doświadczeń, wiele rzeczy dostrzega i potrafi zdiagnozować. Jednak pomimo tego wciąż popełnia te same błędy, jest zagubiona po miedzy dwoma światami, rzeczywistym i tym wykreowanym przez media. Walczy z uzależnieniami a jej relacja z ojcem ma niewątpliwy wpływ na związki z mężczyznami.
Jak już napisałem wcześniej nie jest to typowa biografia, o ile można tak tą książkę nazwać. Jest to swojego typu terapia, której światkami jesteśmy my czytelnicy. Wracając do tytułowych Gwiezdnych Wojen, gdzieś przemykają pomiędzy stronicami, ale są to tylko odniesienia do obecnej sytuacji autorki (szampony w kształcie księżniczki Lei z odkręcaną głową). Krótka, ale treściwa jest to pozycja, warto poświecić jeden czy dwa wieczory by posłuchać zabawnych wspomnień naprawdę ciekawej postaci kina rozrywkowego.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Tu byłem. Tony Halik.

Tony Halik był wyjątkową postacią, tyleż prawdziwą co wymyśloną na potrzeby czasów w których żył. Był najczęściej zestrzelanym pilotem II Wojny Światowej, francuskim partyzantem, autorem pierwszego wywiadu z Fidelem Castro, laureatem Pulitzera, prywatnym pilotem Juana Perona i odkrywcą zaginionej stolicy Majów. Ile w tym prawdy? Hmm... nawet po przeczytaniu książki Mirosława Wlekłego nie wiem.



Tu byłem, Tony Halik to na pewno nie laurka wystawiona jednej z najbardziej barwnej postaci prowadzącej najbardziej kolorowy program w ostatniej dekadzie PRL. Pieprz i Wanilia w drugiej połowie lat osiemdziesiątych oglądało w każdą niedzielę blisko 26 mln widzów, do dziś nie pobity rekord (dane są różne mowa też o 18 mln czy już bardziej realna 6 mln).  
Chcę być jak Tony Halik: jeść bycze jądra w zielonym sosie w knajpie dla torreadorów! Bo Tony Halik nie bał się żadnego jedzenia. Nie bał się też żadnego miejsca na świecie; nie bał się kul, dyktatorów, wojska, mafii, kanibali, dzikich zwierząt, wulkanów, SB, sztormów i grzybów halucynogennych. Kochał życie a świat go zachwycał. Czerpał z nich pełnymi garściami.
Biografia świadomie podzielona jest na trzy części. Pierwsza jak dla mnie dość nużąca przedstawia to co każdy sympatyk podróżnika wie. W połowie lat 70-tych spotyka Elżbietę Dzikowską, zostają przyjaciółmi wspólnie tworzą programy podróżnicze ona dla TVP on dla NBC. Przed rokiem 1981 przeprowadza się na stałe do Polski. Współtworzą program Tam gdzie pieprz rośnie. Dowiadujemy się jak Halik lawirował w niuansach PRL-owskiej rzeczywistości. Jak znalazł się na liście współpracowników SB (listy nie podpisał a jego informacje były raczej lakoniczne) z kim się spotykał i przyjaźnił. Sporo tu informacji jak powstawały jego programy, gdzie (willi którą odkupił od pewnego Szweda) i kto mu pomagał w realizacji. Wszystko kończy się w latach 90-tych jego chorobą i coraz mniejszą oglądalnością.
Część druga dotyczy okresu tuż po II wojnie światowej aż do poznania Elżbiety Dzikowskiej, czyli poznania i ślubu z Pierrette (młodej francuski w której domu się ukrywał podczas okupacji), wspólnych podróżach, zamieszkania w Argentynie a potem w Meksyku. Dowiadujemy i konfrontujemy z wiedzą zdobytą przez autora biografii jak wyglądały początki małżeństwa. Gdzie mieszkali, gdzie pracowali i co robili w pierwszych latach po wojnie. Jest tu też sporo o ich podróży przez dwie ameryki opisanej w książce  180 000 kilometrów przygody o narodzinach syna Ozany (niekoniecznie takich jakie podaje Halik). Ciekawym fragmentem są okoliczności podjęcia współpracy z czasopismem Life i telewizją NBC.
Część trzecia jest o tym co Halik pragnąłby przemilczeć, jest tajemnicza koperta od dowódcy francuskiego oddziału partyzanckiego w którym Tony działał i okoliczności jego przystąpienia. Historia niewygodna ale na pewno nie odosobniona w owych czasach. Nim jednak będzie o tajemniczej kopercie poznamy dzieciństwo i historię jego rodzinny (jeden z wujów znał osobiście Henryka Sienkiewicza). Dowiemy się o tragedii jaka spotkała młodego chłopca (śmierć ojca, pojawienie się ojczyma, oddanie na wychowanie krewnym). Materiału jest na niejedną powieść sensacyjną. Poznanie prawdy niemal niemożliwy gdyż nasz bohater uwielbiał konfabulować i ubarwiać swoje historie. Z przedstawionego materiału można jednak wysnuć obraz człowieka samotnego w swojej tajemnicy, ale bardzo pozytywnego podążającego za głosem swojego serca. Podróżował, poznawał nowych ludzi a przede wszystkim robił zdjęcia i filmy z miejsc które odwiedził. W życiu zdarzają się sytuacje że musimy pójść na kompromis, Halik stawiał spełnienie marzeń na pierwszym miejscu. U schyłku życia zapragnął polecieć na księżyc i gdyby nie śmierć pewnie by tego dokonał.



sobota, 25 marca 2017

Tarabanie w Barbakanie

Biografia Henryka Chmielewskiego zaczyna się dość nietypowo bo od historii miasta Warszawy. Mamy bezkresne lasy, pierwszych osadników Warsa i Sawę, pierwszą zabudowę. W okolicach rozdziału trzeciego pojawia się tytułowy barbakan. Okazuje się jednak że nim autor się narodzi warszawski barbakan przestanie istnieć.


Henryk Chmielewski nie bez kozery wplata swoją historię w dzieje Barbakanu. Urodził się w jego cieniu, jedna ze ścian kamienicy w której mieszkała jego rodzina przylegała do pozostałości tej budowli. Autor nie był by Papciem Chmielem gdyby z tego faktu nie wyciągnął jakiejś głębszej refleksji.
Pozostawmy to na koniec. Podchodząc do lektury obawiałem się jednak odrobinę o styl literacki. Komiks to dzieło skrótowe i obawiałem się czy Papcio podoła takiemu wyzwaniu, czy przy jego poczuciu humoru, niepohamowany upust wyobraźni jakim dotychczas nam serwował wpłynie  na odbiór biografii. Muszę przyznać nie zawiodłem się. Poznałem przedwojenne losy autora moich ukochanych komiksów z dzieciństwa. Kolejne strony okraszone pięknymi ilustracjami z Tytusem i jego komentarzem do opisywanych wydarzeń. Ma to swój urok i nie przeszkadza w odbiorze całości. Możemy wyobrazić jak wyglądało życie w ówczesnej Warszawie stosunek jej mieszkańców do spraw narodowościowych, przepaści jaka dzieliła biednych mieszkańców od bogatych ( ciotka pracowała w pałacu hrabiego Edwarda Raczyńskiego). Papcio w opisywanym okresie był pacholęciem dorastającym chłopcem i takimi oczyma przedstawiany jest świat. Dziecięce zabawy i wybryki to chleb dnia powszechnego. Miejsce w którym dorastał było wielokulturowe sporo psikusów dotyczyło sąsiadów narodowości żydowskiej. Nie brakuje tu również miejsca na pierwsze miłości choć te tak naprawdę rozpoczęły się podczas okupacji. Nim jednak do tego doszło miłością Papcia było harcerstwo i obozy. Wojna to tak naprawdę czas szybkiego dorastania, śmierć ojca i dość krótki epizod w Powstaniu Warszawskim (dostał się do niewoli jeszcze pierwszego dnia powstania). Po wojnie musiał sobie jakoś radzić. Mieszkał na wsi pracując jako parobek, nie mogąc się wrócić do zburzonej stolicy. Po odnalezieniu matki i sióstr przenieśli się do Łodzi. Na niedługo jednak gdyż dostał powołanie do armii ludowej, nie przyznawał się do swoich kontaktów z AK został nawet oddelegowany do szkoły chorążych (miał zdaną małą maturę) z której ostateczne został wydalony, co mu było na rękę. Dzięki temu mógł robić to co lubi i kocha. Czyli malować. Dostał się do Akademii Plastycznej. Gdy ponownie wrócił do Warszawy na jej gruzach powstały nowe dzielnice a w centrum stolicy nieopodal jego starej kamienicy odbudowywano nowy Barbakan. Natomiast w głowie szalonego artysty powstawały kolejne pomysły i prace publikowane w czasopiśmie Świat Przygody później przemianowanym na Świat Młodzieży. Na tym kończy się opowieść dalsze przygody autor opisze w kontynuacji.

niedziela, 26 lutego 2017

Nienasycony

Po książkę Pawła Wilkowicza sięgnąłem z ponad 39 stopni gorączki, leżąc w łóżku i rozmyślając o sensie i bezsensie ludzkiej egzystencji. O chwilach pięknych ale także wartych wymazania no i o innych pierdołach nie koniecznie mający związek z piłką. W głowie również pojawiła się myśl iż za parę dni dojdzie do konfrontacji Legii Warszawa z Ajaxem Amsterdam w 1/16 pucharu Ligii Europy i chcąc zapomnieć o bólach doczesności rozpocząłem mentalnie przygotować się do meczu. W czwartkowy wieczór tylko się utwierdziłem że polskie drużyny wiosną szału nie robią, skończyło się honorową porażką. Pozostała mi tylko przyjemność po obcowania z dobrą piłkarską lekturą. 


Z biografiami czynnych sportowców mam jeden problem, a mianowicie nie do końca wiem czy jest to właściwy moment by podsumowywać karierę. Przed nimi jeszcze długie lata kolejnych sportowych wyzwań. Nienasycony jednak nie do końca jest piłkarską biografią, co prawda mamy tu krok po kroku przedstawioną ścieżkę zawodową Roberta Lewandowskiego, jego początki w Varsovi, nieudany epizod w Legii i odrodzenie w Zniczu Pruszków a potem mistrzostwo Polski z Lechem Poznań. Opisane jest to jednak tak przy okazji. Nie znajdziemy tu tak lubianych przez piłkarzy i cele-brytów brudów  i plotek z szatni. Jest to raczej przedstawienie pomysłu na karierę. Książka ociera się o tak popularny w obecnych czasach coaching. Pracy nad sobą wykorzystując wszystkie dostępne narzędzia. Dieta, praca na siłowni, trening na boisku ale również praca z ludźmi odpowiadającymi za kondycje psychiczną. To dzięki pracy Robert stał się sportowcem światowej klasy. To czego dokonał najlepiej opisuje biograf Pepa Guardioli, Marti Peranau:

Ma swoje zdanie bardzo chce wygrywać, jest chory na gole, ale nie jest egoistą. Rwie się do walki, ale potrafi to wszystko robić na chłodno. Mówiąc najprościej, że jest gorący w ambicjach i chłodny w wykonaniu. Dobrze wyczuwa moment meczu i dobiera odpowiednie rozwiązanie. Jest wojownikiem, ale polega na umiejętnościach, anie przepychankach. Jest twardy, ale ma też swoją miękka stronę.

Nienasycony jest właśnie o tym o ciężkich treningach i zimnym planowaniu kariery. Robert nie jest fanem klubów jest zawodowcem za którego pracę otrzymuje godziwe pieniądze. Są wyjątki takie jak na przykład reprezentacja ale i tu jest miejsce na profesjonalizm. W książce oczywiście jest mowa o najważniejszych meczach w karierze jak cztery bramki w półfinale z Realem Madryt, czy pięć bramek w 10 minut w ligowym meczu z Wolfsburgiem, jest to raczej wisienka na torcie pokłosie ciężkiej pracy nad sobą. Choć nie jestem fanem coachingu książkę czytało mi się całkiem dobrze nie mogę jednak powiedzieć że złapała mnie za serducho i przybliżyła mi prawdziwą postać Roberta Lewandowskiego. Jest to raczej laurka dla tego wyjątkowego piłkarza.

niedziela, 29 stycznia 2017

Ja Urbanator. Awantury muzyka jazzowego.

Wszyscy mi mówią, żebym nie pił. Siostra, żona, syn. A ja mam silną wolę, przemogłem się i piję, można by tak rozpocząć historię jednego z najbardziej znanych polskich jazzmanów Michała Urbańskiego z tym małym wyjątkiem że pewnego dnia powiedział nie pije i przestał. Nim jednak do tego doszło zaserwowana zostaje nam napisana z autoironią, lekko, ukazując życie pełne wzlotów i upadków autobiografia Urbańskiego.


Biografia wpisuje się w trent tego typu opowieści o polakach którzy odnieśli sukces za granicą, z małym wyjątkiem, Michał Urbański marzył o karierze w Nowym Jorku i spełnił je z nawiązką stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich muzyków poza granicami naszego kraju. 
Nim do tego doszło poznajemy krok po kroku kolejne etapy kariery a przede wszystkim same początki gdy mały Michaś rozpoczął swoją edukację w łódzkiej szkole muzycznej w klasie skrzypiec, jego pierwsze fascynacje jazzem i przygodę z saksofonem.
O ile jego kariera muzyczna to pasmo sukcesów nie można tego powiedzieć o jego życiu rodzinnym. Ojciec alkoholik, ojczym tyran (przejął po nim nazwisko), matka co prawda bardzo kochająca ale wiecznie zajęta ciemnymi interesami to nie do końca dobry start. Nim muzyk poznał swoją pierwszą żonę Urszulę Dudziak (dwie córki) z którą tworzyli idealny duet muzyczny (Papaya Dance) walczył z uzależnieniem alkoholowym. Nie pił przez kolejne 17 lat ale ciężki charakter, kontrolowanie partnerki i romans z przypadkowo napotkaną modelką doprowadziło do rozpadu małżeństwa. Potem było tylko gorzej alkoholizm, nawrót padaczki, walka z nadwagą, toksyczny związek z kolejną partnerką, małżeństwo i rozwód. Gdzieś między tymi sercowymi wzlotami i upadkami powstawała muzyka.
Wśród muzyków, z którymi współpracował, znalazły się największe sławy jazzu - m.in. George Benson, Lenny White, Wayne Shorter, Marcus Miller, Billy Cobham, Joe Zawinul, Ron Carter, Stéphane Grappelli oraz Miles Davis (zaprosił go do projektu "Tutu"). Ten ostatni to spełnienie marzeń Urbańskiego.
Z Ja Urbanator spędziłem miły czas z opowieścią Michała Urbaniaka nie można się nudzić a słuchając audiobooka można również po obcować z jego muzyką. Michaś weź te skrzypki i pokaż im wszystkim tak mama motywowała swego syna i gdy każdorazowo kariera zwalniała tępa Michaś szedł za radą matki brał skrzypki i grał tak że wszystkim szczęka opadała...

sobota, 2 lipca 2016

Futbolowa gorączka

Kreślę te słowa niecałe dwa dni po ćwierćfinałowym meczu Polski z Portugalią (1:1 a w karnych 5:4 dla drużyny Ronaldo). Chciałoby się powiedzieć, że tak niewiele wystarczyło, by po raz pierwszy zdobyć medal na mistrzostwach europy. Kilka bardziej zdecydowanych akcji, trochę więcej koncentracji i bylibyśmy u bram piłkarskiego nieba. Pozostaje nam jednak duma i radość. Nasi reprezentanci wykonali kawał dobrej roboty i nikt nie może się czuć rozczarowany, jakby na to nie patrzeć nie przegrali żadnego meczu na turnieju. Bywają gorsze rzeczy w życiu kibica niż brak awansu do półfinału kontynentalnych mistrzostw.
Coś o tym może powiedzieć Nick Hornby, znany i sławny pisarz brytyjski, który od dzieciństwa jest fanem londyńskiego Arsenalu.


W roku 1992 popełnił książkę Futbolowa gorączka, która dla wielu to arcydzieło literatury z pod znaku piłki nożnej. Autor bierze pod lupę swoją niemal 25 letnią przygodę z Arsenalem Londyn, po raz pierwszy ojciec zabrał go na mecz ze Stoke City, gdy ten miał 11 lat, z samego spotkania niewiele pamięta, jedynie niesłusznie podyktowanego karnego, ale od tego dnia poczuł się cząstką kibicowskiej społeczności.
Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza to wspomnienia z lat 1968-1975, początki miłości i sukcesy klubu mistrzostwo, puchar Anglii i puchar Miast Targowych (poprzednik pucharu UEFA i dzisiejszej Ligii Europy). Kolejna część to lata 1976-1986, kompletna posucha naprawdę ciężki czas dla kibica, który Hornby rekompensował sobie studiami literatury angielskiej, pracą jako nauczyciel języka angielskiego i oglądaniem klubu z niższej ligi Cambridge United. Dopełnieniem chudych lat było spotkanie finałowe Pucharu Europy po między Juventusem Turyn a FC Liverpool i tragedią jaką spowodowali angielscy kibice na belgijskim stadionie Heysel (śmierć 38 włoskich kibiców). Sam Hornby oglądał spotkanie ze swoimi włoskimi studentami tłumacząc im co właściwie się stało, czując wstyd za brytyjskich kibiców, czując w sercu, że gdyby w tym miejscu znaleźli się fani Arsenalu skończyło by się podobnie, gdyż takie zachowanie to część angielskiej kibicowskiej subkultury.
Pomimo tego obejrzał mecz to końca:

(...) pozostał w nas ostatni, nieusuwalny element obsesji, który sprawił, że podjęliśmy rozmowę o wątpliwym rzucie karnym przesądzającym o zwycięstwie Juventusu 1:0. Chętnie myślę, że znam odpowiedzi na większość absurdów związanych z piłką nożną, lecz ten jest niemożliwy do wyjaśnienia.

Część trzecia lata 1986-1992 to lata tłuste, zakończone dwukrotnym zdobyciem mistrzostwa Anglii. Hornby powoli już tracił nadzieje że za jego życia Arsenal ponownie sięgnie po pierwsze miejsce w lidze czekał na nie 18 lat. 
Ciężko sklasyfikować tą pozycję, bez wątpienia jest to kawał historii Arsenalu Londyn, na pewno samej Wielkiej Brytanii epoki Margaret Thatcher (1975-1990), ale przede wszystkim jest to biografia zagorzałego fana. Wokół piłki nożnej kręci się jego całe życie, wszystkie decyzje, wybory, znajomości, każdy najmniejszy szczegół jest podporządkowany kibicowaniu. Gdy spotykał się z niezbyt wysoką dziewczyną musiał zmienić sektor by i ona dobrze widziała spotkania. Cieszy się jak dziecko gdy w końcu po 20 latach zamieszka w pobliżu stadionu swojego ukochanego klubu. Wszystko to opisuje znany pisarz, którego mało kto podejrzewałby o takie maniakalne zamiłowanie do futbolu. Futbolowa gorączka to skomplikowane studium obsesji, rodziny, męskości, pochodzenia społecznego, osobowości, dojrzewania, wierności, depresji i radości. Obowiązkowa lektura dla fana piłki nożnej, trzeba ją przeczytać by zrozumieć emocję jakie targają przeciętnego kibica.

A teraz całkiem od siebie, nieco z innej beczki, czyż piłka nożna nie jest piękna, szkoda naszej reprezentacji (nie mogłem zasnąć po meczu), bo swoją grą zasłużyli by grać w półfinale, ale Walijczycy zrobili to czego nie dokonali Polacy, awansowali do kolejnej rundy pokonując Belgię 3:1, ciekawe jak wysoko ci dzielni wojownicy zajdą, już dokonali niemożliwego, póki piłka w grze, kto wie... może finał... a potem...

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Kuba. Autobiografia.

Mamy jeszcze chwilę do ostatniego spotkania Polski w grupie z Ukraińcami. Szanse na awans są duże, ale los lubi sprawiać niespodzianki, a najlepiej o tym wie wieloletni kapitan i podpora reprezentacji Kuba Błaszczykowski.


Biografia Kuba autorstwa Małgorzaty Domagalik, przeleżała na mojej wirtualnej półce niemal cały rok. Nie specjalnie przypadła mi do gustu narracja i forma książki. Na przemian są to przemyślenia autorki, jej rozmowy z piłkarzem, rodziną i znajomymi. Brak chronologii, wywiady są raczej chaotyczne, bardzo często ograniczające się do tego jakim wspaniałym człowiekiem jest Błaszczykowski. Zawzięty i uparty to słowa klucze, które przewijają się przez każdy rozdział książki. Pracowity, ale lubiący się wyspać. Zamknięty w sobie, ale wśród najbliższych otwarty, kochający ojciec, prawdziwy mężczyzna itp itd.
Domagalik słodzi Kubie niemal na każdej stronie, Kuba to chodzący ideał, może czasami nieco nadpobudliwy i agresywny, ale tylko dlatego, że mu na wszystkim zależy. Wnikliwy czytelnik odnajdzie kilka rys na wymalowanym obrazku, ale na pewno nie pomogą mu w tym współrozmówcy. Z założenia nie jest to biografia sportowa, jest to raczej historia człowieka po przejściach, który w wieku 11 lat stracił matkę i ojca. Czytając ją miałem wrażenie, że uczestniczę w programie Sprawa dla reportera, zebrało się kilka gadających głów i debatują o tym co się wydarzyło.
W roku 1996 ojciec pod wpływem alkoholu dźgnął nożem matkę Kuby, chłopiec wraz ze starszym o dwa lata bratem z dnia na dzień staje się sierotą. Na wysokości zadania staje rodzina, a w szczególności babcia i najmłodszy brat matki Jerzy Brzęczek (reprezentant Polski w piłce nożnej i zdobywca srebrnego medalu olimpijskiego). Jerzy Brzęczek to taki don Corleone rodziny, zawsze wspomoże dobrą radą, załatwi testy w klubach krajowych i zagranicznych (Górnik Zabrze, Tyrol Innsbruck, Wisła Kraków). Kuba jest równie utalentowany jak uparty, ale stryja słucha i podąża za jego radami. To stryj, gdy nie układało się między trenerem Klopem a Kubą, doradził mu by po strzeleniu kolejnej bramki podbiegł do trenera i go wyściskał.
Gdy tak myślę o tej książce mam w sobie złość. Bardzo lubię Kubę Błaszczykowskiego to walczak na boisku zostawia serce i zdrowie, ale mam wrażenie że ta pozycja bardziej szkodzi jego wizerunkowi aniżeli pomaga. Jest tu za mało prawdziwego Kuby a za dużo Małgorzaty Domagalik, która chwilami za często wychodzi przed szereg. Choćby tymi swoimi rozważaniami jakie to niesprawiedliwe, że kto inny został kapitanem reprezentacji. Zakończenie tylko dopełnia czarę goryczy, które nijak ma się do rzeczywistości, Błaszczykowski jest w chwili obecnej jednym z filarów naszej reprezentacji i nikt nawet sobie nie wyobraża by mogło być inaczej. 

sobota, 18 czerwca 2016

Spalony

Nie minęło jeszcze 48 godzin od meczu z Niemcami, choć emocje nieco opadły, bezbramkowy remis poszedł w świat, a chłopakom nikt nie odbierze tego co zostawili na boisku, to jednak pozostaje nam czekanie i gdybanie jak turniej potoczy się dalej. 
Proponuje zostawić to wszystko z boku i cofnąć się nieco do roku 1978 gdy młody prawie dziewiętnastoletni polski piłkarz, Andrzej Iwan miał okazję pokazać się na Mistrzostwach Świata w Argentynie będąc najmłodszym uczestnikiem turnieju i zapoznać się z historią jego piłkarskiej kariery.



W roku 2012 wspólnie z Krzysztofem Stanowskim spisał swoje wspomnienia w biografii Spalony. W 1978 był u progu wielkiej kariery, Mistrz Polski z Wisłą Kraków i reprezentant drużyny narodowej na miarę medalu mistrzostw świata. Trzydzieści cztery lata później jest to człowiek po dwóch próbach samobójczych wieloletniej walce z alkoholizmem i uzależnieniem od hazardu. Sam przyznaje w kilku wywiadach, że książka powstała nie jako z dwóch powodów, pierwszy najbardziej prozaiczny to potrzeba zarobienia pieniędzy, drugi to terapia, spotkanie ze swoimi duchami przeszłości. Trzeba przyznać, że Andrzej Iwan ma pamięć telegraficzną, ze szczegółami wraca do historii w których uczestniczył, odkrywa ciemne strony nie tylko piłki nożnej ale przede wszystkim piłkarzy, trenerów i działaczy. Jest to podróż do czasów PRL, kiedy to jedyną rozrywką młodych ludzi był alkohol i hazard. Jednego dnia jest bogiem życia, by drugiego stracić wszystko: pieniądze, rodzinę, przyjaciół ale przede wszystkim chęć do życia. 
W tej książce obrywa się niemal wszystkim najbardziej oczywiście samemu autorowi. Wracamy pamięcią do wydarzeń z roku 1978 (podziałów w drużynie narodowej, trenera pajaca), realiów polskiej piłki ligowej (wszędobylska korupcja), trzeciej drużyny świata w roku 1982 (kontuzja bohatera i to co się wydarzyło potem), przenosin do wielkiego Górnika Zabrze połowy lat osiemdziesiątych i transferów zagranicznych (VfL Bochum, Aris Saloniki). Z każdego miejsca dostajemy masę barwnych historii, często mocno zakrapianych alkoholem, ale również smutnych nie kończących się happy endem. Zresztą cała ta opowieść mimo pozytywnego zakończenia niewiele ma z przysłowiowego happy endu. Andrzej Iwan to człowiek przegrany który nie radzi sobie ze swoimi słabościami, jedyne co mu pozostało to rodzina. Jak twierdzi to dużo.
Sam autor mocno sobie przechlapał w środowisku piłkarskim wyciągając tak zwane brudy z szatni. Lista osób przewijających się we wspomnieniach jest tak długa, że pewnie nie dałbym rady wszystkich wymienić. Wszystko się świetnie czyta, sukces a potem upadek to dobra opowieść ku przestrodze dla młodych zdolnych piłkarzy, ale także książka ta to historia polskiej piłki nożnej czasów PRL. Na koniec pragnę dodać, że Krzysztof Stanowski to najlepszy polski ghost writer i z niecierpliwością czkam na jego kolejne pozycje.

wtorek, 14 czerwca 2016

Ja, Ibra

Gorączka futbolowa trwa w najlepsze, jutro rozpoczyna się kolejna faza spotkań w grupach. Mamy kilku bohaterów, którzy dopiero stoją u progu wielkiej kariery (choćby nasz rodak Bartosz Kapusta) i kilku którzy ją kończą. Dobrym przykładem w tym drugim przypadku może być Zaltan Ibrahimović, napastnik reprezentacji Szwecji. Pomimo iż w meczu z Irlandią ani razu nie oddał celnego strzału na bramkę przeciwnika to dzięki jego dośrodkowaniu i samobójczemu golowi Ciarana Clarka spotkanie zakończyło się remisem.


Zaltan w dniu rozpoczęcia mistrzostw ma skończone 35 lat, ale nie myśli jeszcze o zakończeniu kariery piłkarskiej od przyszłego sezonu będzie reprezentował angielski Manchester Ud. W roku 2011 popełnił wspólnie z Davidem Lagercrantzem swoją biografię Ja, Ibra. 
Zazwyczaj omijam szerokim łukiem wspomnienia sportowców którzy są u szczytu kariery (ciężko robić podsumowanie gdy przed sobą ma się jeszcze kilka lat grania), tym razem zrobiłem wyjątek i nie żałuje.
Ibrahimović to barwna postać, jako piłkarz zwiedził pół piłkarskiej europy, występował i zdobywał trofea z FC Malmo (Szwecja), Ajaxem Amsterdam (Holandia), Juventusem Turyn (Włochy), Interem Mediolan (Włochy), FC Barceloną (Hiszpania) i AC Milanem (Włochy). Już po opublikowaniu autobiografii kontynuował karierę w PSG (Francja) a od przyszłego sezony będzie reprezentował barwy Manchesteru Ud (Anglia). Prawdziwy piłkarski obieżyświat i kolekcjoner krajowych pucharów a do tego można o nim wiele powiedzieć, ale nie że jest osobą skromną skupioną jedynie na tym co robi. Ma wiele do powiedzenia a jego bałkański temperament nieraz dał mu się we znaki.
O tym co przeżył i kogo spotkał opisał w swoich wspomnieniach. Nie ma tu słodzenia, bo ciężko spodziewać się po Zaltanie takiej postawy. Nie ma tu też tak zwanego owijania w bawełnę, opowiada wszystko tak jak było albo tak jak było widziane jego oczyma. Pisze wprost o niuansach swoich kolejnych transferów, relacjach z kolegami z drużyny i trenerami (kilkukrotnie dostaje sie Pepe Guardiolii). Nie zapomina również o swojej rodzinie, o której często wspomina na kolejnych stronicach książki.
Jest to historia chłopaka, który wyrwał się z emigranckiego getta gdzieś na przedmieściach szwedzkiego Malmo i na boisku wywalczył sobie lepszą przyszłość i spełnienie marzeń. Nigdy nie szedł na łatwiznę, ciężko pracował i liczył się tylko ze swoją intuicją. Rzadko słuchał tak zwanych doradców, podążał własnymi ścieżkami, był i jest takim bad boy którego kochają kibice. Z takim życiorysem i doświadczeniami jak Ibrahimović nie mogła powstać zła biografia, a tak się złożyło że jest to jedna z lepszych o ile nie najlepsza jakie czytałem. Polecam serdecznie...

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kowal. Prawdziwa historia.

Mamy Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Polska w niedzielę 1:0 pokonała Irlandię Pł i przełamała swoją złą passę nie wygranego meczu w trzech kolejnych turniejach. Futbolowe szaleństwo trwa, postanowiłem więc że przez kolejny miesiąc umieszczę tu pięć może sześć kolejnych pozycji związanych z piłką nożną. Dziś padło na Kowal, prawdziwa historia.


Krzysztof Stanowski wraz Wojciechem Kowalczykiem usiedli wspólnie przy kuflu piwa i stworzyli jak na owe czasy, był to rok 2003, najbardziej skandalizującą autobiografię jaka kiedykolwiek się ukazała w Polsce. Dostało się wielu piłkarzom i trenerom. Kowalczyk prowadzi swą historię chronologicznie od trampkarza w Polonezie Warszawa, początkach w Legii i meczu który zmienił jego sportowe życie, czyli spotkania z Sampdorią Genua. Równolegle jakby na równi z uniesieniami sportowymi wspomina libacje alkoholowe, kto i ile potrafił wypić. Dostało się Mackowi Szczęsnemu jako osobie z poza grupy pijącej, który nie potrafił się dostosować, czego nie można powiedzieć o Kowalczyku.
Nie mogło zabraknąć wspomnień z Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie i okoliczności zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego. Sporo jest o negatywnym stosunku piłkarza do PZPN (związany z odebraniem mistrzostwa Legii w 1993) do trenerów reprezentacji, szczególnie do Piechniczka, nazywanego leśnym dziadkiem. Barwnie opisuje swoją karierę w Hiszpanii, okoliczności zakończenia kariery w Las Palmas, powrót do piłki w barwach Legii Warszawa i sukcesach na koniec kariery w słonecznym Cyprze.
Z rozrzewnieniem wspomina swoją współpracę z trenerem Wójcikiem i jego dar motywacji w ważnych meczach. Przez karty książki przewija się wiele nazwisk nie tylko piłkarskich, a wszystko w barwnych okolicznościach przyrody. Sam piłkarz zadowolony jest ze swoje kariery, jak twierdzi zarobił trochę pieniędzy, zwiedził kilka pięknych krajów a przede wszystkim robił to co lubił, czyli grał w piłkę nożną. Czy osiągnął sukces na miarę swoich możliwości... hm wielu nawet tego nie osiągnęło choć mieli predyspozycje.

sobota, 4 czerwca 2016

Artur Rojek Inaczej

Dawno, dawni temu gdzieś na przełomie wieków, mowa tu o końcówce XX wieku, byłem na koncercie zespołu Myslovitz i z tego co pamiętam d... mi nie urwało. Rockowo-popowe granie z całkiem fajnym wokalem i ciekawymi tekstami. Niewątpliwie najciekawszą postacią w zespole był Artur Rojek, ma jednak coś takiego co mnie intrygowało i irytowało, tak więc kiedy nadarzyła się okazja by nieco lepiej poznać tego wokalistę, skorzystałem.



Mowa tu o wywiadzie rzece Artur Rojek Inaczej autorstwa Aleksandry Klich wydanej przez wydawnictwo Agora. Początkowo miałem wrażenie, że książka ta to nic innego jak bezczelne promowanie nowej płyty artysty Składam się z ciągłych powtórzeń, ale szybko pozytywnie się rozczarowałem, bo pierwszy rozdział to tylko wprowadzenie do tego co miało nadejść później. Zresztą wprowadzenie całkiem przyjemne nawiązujące do inspiracji, którymi dla Artura Rojak najczęściej są najbliżsi i to co jest w zasięgu ręki i wspomnień. 

Patrzę jak miesza się
to czego nie ma i to co jest
A potem kiedy mówię wprost
milczysz i odwracasz wzrok

Tysiąc wypitych razem kaw
głupi myślałem, że cię znam
W rzucaniu kamieniami słów
znowu przegrywam trzy do dwóch

Chociaż jak syreny
budzą mnie o tobie sny
Jedno wiem na pewno
nie chciałbym bez Ciebie

Niedogaszony pożar się tli 
patrzę i unoszę brwi
Za karę cisza, karą krzyk
chciałem raz wygrać - pozwól mi 

Każesz cofnąć się o metr 
i nie wiem jak powiedzieć "nie"
Więc gryzę wargę, burzę krew 
trzaskasz drzwiami a ja klnę

Chociaż jak syreny
budzą mnie o tobie sny
Jedno wiem na pewno
nie chciałbym bez Ciebie żyć

Lektura całkiem przyjemna, poznajemy wiele faktów z życia artysty, jego młodość zamiłowanie do pływania (wicemistrz Polski juniorów w 1985 roku), biegania (zaliczonych kilka maratonów w kraju i zagranicą) i śpiewania. Stosunek do otaczającej go rzeczywistości (walka z samorządowcami o dofinansowanie do festiwalu) i kościoła. Artur Rojek to naprawdę bardzo inteligentny człowiek i ma sporo do powiedzenia, jednocześnie nie narzuca się ze swoimi poglądami. Sporo jest tu o wartościach rodzinnych i o tym jak ważne jest umiejętne wychowanie dzieci. Idealnie pasuje mi forma książki, wywiad na konkretny temat, a na koniec wisienka w postaci tekstów piosenek.

Z braku słów
nie lubię w górę, lubię w dół
wśród białych lamp.
Kiedy sam
niewiele w sobie siebie mam,
połykam wiatr.

Mimochodem czując, że
z każdym dniem mam coraz mniej,
czas przemija, pamięć nie.
A gdy słyszę Franka płacz,
pelikanem mknę przez park,
nie musisz trzymać,
jadę sam.
Mimochodem czując, że...

Z braku słów
czasami czuję się jak tchórz.
W cieniu palm
gruby kot głaszcze swój puszysty brzuch,
patrząc jak

Mimochodem czuję, że
z każdym dniem mam coraz mniej,
czas przemija, pamięć nie.
A gdy słyszę Franka płacz,
pelikanem mknę przez park,
nie musisz trzymać,
jadę sam.
Mimochodem czuję, że
mam coraz mniej.

Aleksandra Klich wykonała kawał dobrej roboty, nie łatwo rozmawia się z takimi introwertykami jak Artur Rojek, wplata jednak w sposób idealny jego twórczość w życie prywatne robi to jednak w taki sposób by zachować intymność postaci. Mój ulubiony fragment to gdy Rojek opowiada jak skomponował piosenkę tylko w jemu znanym języku. Świetna książka, no może nieco przykrótka.

środa, 13 stycznia 2016

Życie to jednak strata jest

Książka niewielkich rozmiarów raptem ponad sto kilkadziesiąt stron. Niewielka ale treściwa. Andrzej Stasiuk opowiada, a raczej odpowiada Dorocie Wodeckiej na szereg pytań z pogranicza kultury, polityki i religii. Sporo dowiadujemy się o jego stosunku do Polski i jej sąsiadów. Poruszane są również wątki autobiograficzne bo od nich w rozmowie o życiu uciec nie można.



Przeczytanie a raczej pochłoniecie całości zajęło mi raptem jeden wieczór i poranek. Stasiuk barwnie opowiada nawet o takich banalnych sprawach jak zapalone światło w przedsionku domu, trafnie opisuje  to co się dzieje w dzisiejszej Polsce:

Nikt nie chce być ofiarą. No oprócz Polaków. Ja tego nie rozumiem. To jest przecież jakieś upokarzające. Nie dość, że naprawdę się nią było, to jeszcze się to nieustannie odgrywa, przeżywa, przypomina (...) To jest przecież chore, to jest kompletne, totalne maso. Przecież to nic nie mówi o historii, bo siłą rzeczy jest płaskie, tandetne i w istocie uwłaczające pamięci ofiar. Natomiast wiele mówi o tym, co mamy w głowach. Jakieś nieustanne poniżenia.

Co się dzieje w kościele katolickim:

Proszę spojrzeć na biskupów. Przecież w zdecydowanej większości to aparatczycy. Biuro polityczne po prostu. Przebrać ich w garnitury z lat siedemdziesiątych i usadzić w Sali Kongresowej w rzędach niczym na plenum KC PZPR. W czerwieni obić. Można ich o wszystko podejrzewać, tylko nie o uczestnictwo w świętości. Czysta administracja, czysta władza, rozpaczliwa w tej chwili i chwytająca się brzytwy, żeby zachować resztki dominacji.

Co się dzieje z europejską demokracją:

Tu o najzwyklejszy egoizm idzie. O święty spokój, a nie o demokrację. O "Daj mi zarabiać i kupować i odpierdol się ode mnie". Oczywiście bardzo trywializuję, ale wspierając się jedynie na kulcie dobrobytu i świętego spokoju, nie zatrzymamy fundamentalistycznego islamu. Każdy chce mieć nowego iPhone'a, ale nikt nie pójdzie za iPhone'a umierać. To jest sprzeczność: chcemy mieć to, co chcemy, ale nie damy się za to zabić, bo to w istocie nie jest warte śmierci, ponieważ jest gówno warte.
(...) demokracja jest fajna , pod warunkiem że wszyscy ją akceptują. Bo jak nie to co? Na bagnetach ją zaniesiemy? Demokracja skazuje nas na defensywę. A defensywa nie daje sił. Przecież Europa, Zachód spełniały się w ekspansji. Wtedy były żywotne. A tu oburzenie społeczne się wzmaga, gdy drożeją iPhone'y i kredyty albo państwo gmera przy swobodach  internetowych.

Twierdzi, że jest tylko obserwatorem zadomowionym gdzieś w przeszłości, nie widzi recept na bolączki świata i nie widzi potrzeby wskazania czy poszukania lepszej drogi.

(...) wszystko się dzieje w przeszłości. Za chwilę nasza rozmowa będzie przeszłością. To nie jest złe chyba. Ocalamy świat, który przeminął, myśląc o nim, opisując go, wracając do niego pamięcią. Nic innego chyba nie możemy zrobić.

Piękna opowieść człowieka, który uciekł przed cywilizacją, zamieszkał na wsi gdzieś w Beskidzie Niskim i ma głęboko gdzieś problemy współczesnego świata. Życie to przemijanie i nic na to nie poradzimy. 


wtorek, 12 stycznia 2016

Idę tam gdzie idę

Idę tam gdzie idę to świetny tytuł by przedstawić jedną z najbardziej rozpoznawalnej postaci polskiej sceny alternatywnej, Kazika Staszewskiego. Jest to utwór z płyty 12 groszy, którą kupiłem za moje pierwsze zarobione pieniądze.



Po raz pierwszy z wokalistą Kult, zetknąłem się na początku lat 90-tych, niby niszowa alternatywna grupa, ale potrafiła zaistnieć w TV kawałkiem Polska i Wałęsa oddawaj moje 100 milionów zaśpiewanej w Sopocie w roku 1991. Potem rozpocząłem studia na Uniwersytecie i los zaśmiał mi się w twarz, gdyż była to podobnie jak w przypadku Kazika, socjologia. Zakwaterowany zostałem w pokoju czteroosobowym i do tej pory pamiętam jak jeden ze współlokatorów katował nas płytą Muj wydafca, a zasypiał nucąc że jest odpadem atomowym. Dziś obok Taty Kazika to moja ulubiona płyta, a tamten okres jako jeden z najbardziej zakręconych w moim życiu. Wybrałem się nawet na koncert chyba w 1998 w Lublinie, kompletna porażka i niedyspozycja wokalisty trochę ostudziła mój zapał.
Od czasu do czasu słucham Kultu, z przykrością muszę przyznać że coraz rzadziej, nieco zniechęcił mnie również czarny PR wokół muzyka, związany z zakupem domu na Teneryfach i rzekome poparcie dla PiS. Zdarzyła się jednak okazja by to wszystko skonfrontować z tym co do powiedzenia ma artysta. Tak w moje ręce wpadła autobiografia Kazika Staszewskiego, choć co do tego jak ją kwalifikować mam mały problem bo to nic innego jak wywiad rzeka i odpowiedzi na wcześniej uzgodnione pytania.
Wracając do książki bardzo szybko się ją czyta, sporo szczegółów z życia artysty poczynając od dzieciństwa, poprzez dorastanie, pierwsze próby muzyczne, pierwszy zespół aż po czasy współczesne. Trochę jest to o sytuacji politycznej w kraju (nawiązuje do spotkania z Adamem Michnikiem) ale jak sam zainteresowany stwierdza polityka jako tako w ogóle go nie interesuje, a to co się dzieje w Polsce to bagno. Opowiada o poszukiwaniu Boga (był sympatykiem kościoła Światków Jehowy), ale przede wszystkim o muzyce, jak ją tworzy i gdzie szuka inspiracji. Jest sporo o ludziach którzy wokół niego się obracają i po mimo że czasem ma przykre doświadczenia z nimi związane nie słychać w tych wypowiedziach nienawiści i jakiegoś wielkiego żalu.


Moimi ulubionymi fragmentami są te z młodości gdy opuszcza ich ojciec, gdy każde wakacje spędza u cioci w Londynie (to tam po raz pierwszy styka się z punkiem) o płytach które będą później jego inspiracją i jak zakłada swój pierwszy zespół Poland.
Całość nie jest arcydziełem brakuje mi odpowiedzi na pytania, które Rafał Księżyk nie zadał a na które Kazik z pewnością by odpowiedział, ale tak jest z formą wywiadu, pytania i odpowiedzi. Nic straconego będzie okazja następnym razem. Dla fanów to lektura obowiązkowa, dla reszty ciekawy wycinek polskiego show biznesu muzycznego. 

czwartek, 19 listopada 2015

Dziennik - Jerzy Pilch

Mam kilku takich pisarzy, których potrafię rozpoznać po przeczytaniu jednego no może dwóch zdań. Bez wątpienia jest nim Jerzy Pilch. W jego pracach wyczuwa się taką specyficzną nonszalancję, takiego intelektualisty, co z każdego garnka już jadł i do niemal każdego kieliszka zaglądał, a do tego ma dystans, do tego co mówi, czy piszę. Trochę zrzędzi, trochę narzeka, ale jak się przekroczyło sześćdziesiątkę i ma objawy parkinsona to wolno.  


"Dziennik" Jerzego Pilcha to nie jest moje pierwsze spotkanie z tym autorem i na pewno nie ostanie. Pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczytywałem się w jego felietonach na łamach tygodnika "Polityka", potem w ręce wpadła mi książka "Spis cudzołożnic", przeczytałem raptem kilkadziesiąt stron, nie wciągnęła mnie, odłożyłem. Kilka lat później przeczytałem "Tezy o głupocie, piciu i umieraniu" i pokochałem ten styl. Za każdym razem jest to ta sama opowieść o dojrzałym mężczyźnie kochającym życie, ale w tym życiu zagubionym. Nie ważne czy chodzi o alkohol, kobiety, pieniądze czy politykę to wciąż ta sama osoba. Intelektualista, bawidamek, alkoholik ale cholernie inteligentny i spostrzegawczy. Chce się doświadczać tego co przeżywa, czy dotyczy to rynsztoka czy kultury wysokich lotów.
To wszystko można odnaleźć w "Dzienniku" spisywanym każdego dnia od 21 grudnia 2009 do 21 listopada 2011 roku. Z tymi dziennym wpisami to trochę bujda, bardzo często myśl zaczyna się jednego dnia a kończy drugiego, poza tym są to przemyślenia kilku zdaniowe, przerywane dla potrzymania dramaturgi. Jest sporo o piłce nożnej z uwzględnieniem ukochanego klubu Cracovii, którego to nie chce znać, a jednak co tydzień wybiera się na stadion by dopingować tych patałachów. Bardzo dużo rozważań na tematy polityczne, trochę narzekań na znajomych i przyjaciół, całkiem sporo komentarzy na tematy religijne. Jerzy Pilch to luteranin z Wisły, jest z tego dumny, jak sam twierdzi do Boga ma daleko, ale są mu bliskie protestanckie wartości.
Najwięcej jednak jest tu przemyśleń o literaturze i jej twórcach. Jerzy Pilch dużo czyta i często wraca do lektur przeczytanych, z mijającymi latami odkrywa je na nowo.
Mnie osobiście przypadł do gustu komentarz na temat "Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego, który cytuje poniżej:

8 marca 2010

(...) cała ta nadmierność dyskusji wokół "non-fiction" dosyć mnie zraża. Czy wszystko zostało powiedziane, nie wiem, szczerze mówiąc, wątpię, wszystkiego, jak na razie, nie powiedział nawet Pan Bóg. Bredni padło jednak sporo.
(...) swoją drogą ci mądrale, co twierdzą, że od dawna wiedzieli: Kapuściński kreował, nie był realistą - specjalnie śmieszni. Odkąd kreacja wyklucza realizm? Niewątpliwie od kiedy nie lada głowy biorą się do rozstrzygania tak wstrząsającego problemu z zakresu sztuki układania słów.


niedziela, 15 listopada 2015

Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie

Pięć razy w tygodniu o 6:05 po szybko wypitej kawie wrzucam na siebie rowerową kurtkę w kolorze dojrzałej pomarańczy, czarny jak węgiel kask i pędzę 10 km do pracy. Trzydzieści pięć minut, tyle trwa mój czas z radiem, tak, najczęściej słucham radia, mam na swoim smartphonie aplikację Tunein Radio i tak sobie słucham. Problemy zaczynają się między 3 km a 5 km  gdzie zanika mój zasięg i zapada cisza a do tego jest ciemno jak...
Rozwiązaniem jest audiobook, w ten sposób rekompensuje sobie zaległości w lekturze. Wyobraźcie sobie teraz moją radość gdy mogłem połączyć miłość do radia i książek. Marek Niedźwiecki, ten Marek z radiowej trójki, wydał w wersji audio swoje wspomnienia "Radiota, czyli skąd biorą się Niedźwiedzie".




Marek Niedźwiecki to pasjonata jego życie to radio, będąc już nastolatkiem wiedział co chce robić i kim chce być. Chciał pracować w radiu i być radiotą. O tym jest książka, jak z małego Sadku (z tej miejscowości pochodzi nasz bohater), poprzez studia i pracę w Łodzi trafił do Warszawy i Polskiego Radia 3. Cudowne jest to że całej historii towarzyszy głos Marka Niedźwieckiego to on opowiada swoje perypetie. 
Nie znajdziemy tu nic niezwykłego krok po kroku spełniają się młodzieńcze marzenia naszego bohatera. Opowiada o swojej rodzinie, przyjaciołach, pracy w studenckim radiu Żak o okolicznościach przejścia do PR 3 (był to rok 1982 początek stan wojennego w Polsce), jak po przez korespondencje z rówieśnikami z innych krajów uczył się języków, o tym jak pierwszy raz wyjechał zagranicę a potem za ocean, trochę o fanach i psychofanach, występach w telewizji itd itp...
Ciągnie tą swoją opowieść pojawiają się nowe postacie Wojtek Man , Miecugow, Atlas, Turski, Olejnik a my tak słuchamy i słuchamy bez końca. Każda książka ma jednak swój koniec tu jest to koniec całkiem otwarty i pomimo że Marek Niedzwiecki jest osobą skrytą, bez wątpienie będzie kontynuacja tych wspomnień bo przecież nie może być inaczej.

Marek Niedźwiecki to zadowolony z siebie perfekcjonista, który żyje swoją pasją to co robi, robi na 100%, a marzenia ma po to by je spełniać.

sobota, 10 października 2015

Deyna czyli Obcy

Tylko raz w życiu widziałem na żywo mecz reprezentacji Polski, było to w 1991 roku gdy na stadionie w Radomiu rozegrano towarzyski mecz Polska - Walia i skończyło się na bezbramkowym remisie. W tym roku pokochałem futbol miłością nieodwzajemnioną, gdy z bliska widziałem takie gwiazdy jak Krzysztof Warzycha, Roman Kosecki, Ryszard Tarasiewicz, Jacek Ziober, Dariusz Wdowczyk, Jan Furtok czy Józef Wandzik, to w tym roku Legia Warszawa prowadziła swoje boje w Pucharze Zdobywców Pucharów wygrywając z Sampdorią Genua a następnie po heroicznej walce odpadła z Menchesterem United w półfinale tych rozgrywek, a reprezentacja Olimpijska awansowała do Igrzysk w Barcelonie. W tym roku również widziałem wspomnieniowy program dokumentalny o Kazimierzu Deynie upamiętniający jego drugą rocznicę tragicznej śmierci.
Kazimierz Deyna w latach 70-tych był w Polsce tak popularny jak Robert Lewandowski w chwili obecnej. Był wzorem dla młodych ludzi, miał bajeczną technikę a przede wszystkim błyszczał w meczach o wysoką stawkę. Tak się złożyło że ostanie święta Wielkiejnocy niemal nie odrywałem oczu od biografii tego wybitnego piłkarza.


"Deyna czyli Obcy" autorstwa Romana Kołtonia nie jest pierwszą książką próbującą przedstawić nam Kazimierza Deyne, jest to jednak pozycja wyjątkowa bo nieobarczona fanowskim zaślepieniem czy przyjacielskimi niedomówieniami lub pomijaniem mniej przyjemnych faktów. Autor stara się przedstawić losy naszego wybitnego piłkarza na tle innych piłkarskich talentów tamtego okresu. Za taki wyznacznik bierze zdjęcie trzech najlepszych piłkarzy mundialu w RFN z 1974 roku.


Tak więc mamy Franza Beckenbauera, Johana Cruijffa i Kazimierza Deyne. Przedstawione zostają ich dokonania w piłce klubowej i reprezentacyjnej a następnie jak potoczyły się ich losy po zakończeniu kariery. Każdy z nich miał wzloty i upadki, ale dwaj pierwsi do dziś uczestniczą w wielkim futbolu a naszego rodaka od ponad 25 lat nie ma z nami.
Deyna przewija się na kartach książki niemal cały czas, pomimo tego w moim odczuciu mamy niedosyt jego osoby. Jest trochę Deyny w kontekście Legii i roli jaką odgrywał w niej gdy triumfował z zespołem w lidze i europejskich pucharach. Jest trochę Deyny w kontekście reprezentacji i jej sukcesów a potem porażek. Jest też w końcu trochę Deyny w kontekście jego życia prywatnego i jak ono wyglądało w stosunku do ustroju w jakim mu przyszło żyć, jakie problemy miał jako oficer wojska polskiego by móc wyjechać do klubu zachodniego.
Jest za to dużo PRL, dużo kombinowania, walki o normalne życie. Piłka jest tylko pretekstem by pokazać czytelnikom w jakich warunkach dokonywał się sukces i dlaczego był krótkotrwały. Winą był system, który blokował indywidualności a eksponował jedynie kolektywizm i grę zespołową. Piłka to gra zespołowa ale to dzięki indywidualnościom i ich umiejętnym wpasowaniem było można osiągnąć sukces.
Człowiekiem który potrafił na krótko tego dokonać był Kazimierz Górski, zdobywając złoty i srebrny medal Igrzysk Olimpijskich i trzecie miejsce na świecie.


Ale potem coś się psuje jest zbyt wielu liderów do tego niedowartościowanych, scala ich na chwilę Gmoch, ale nie na długo. Gdzieś w tle tych wydarzeń jest Deyna jego konflikt z Górskim utrata opaski kapitańskiej, potem powrót w łaski za kolejnego trenera, kolegi z piłkarskich boisk.
Bardzo duży kredyt zaufania kilka fajnych spotkań i mistrzostwa w Argentynie. Jechaliśmy tam jako jeden z kandydatów do medalu skończyło się na nijakim występie polaków i przestrzelonym karnym z gospodarzami turnieju, a potem plotkach o sprzedanym meczu.
W miedzy czasie autor nawiązuje do problemów w Legii, przeciętności, gwizdów kibiców śląskich i aferze karnetowej. Przedstawione są okoliczności w jakich piłkarz wyjechał do Manchesteru City i postawie jaką prezentował w tym klubie.


O samym epizodzie w City jest zaledwie kilka stron, nie potrafił się wpasować w siłowy styl gry zespołu i całej ligi angielskiej. Grał rzadko, wystąpił w 38 spotkaniach strzelając 12 goli, coraz częściej widywany był w klubach nocnych. Dostał propozycje zagrania małej roli w filmie "Ucieczka do zwycięstwa" u boku innych znanych piłkarzy (Pele, Booby Moore). W 1981 roku pod wpływem alkoholu spowodował niebezpieczny wypadek, trochę żeby uciec przed problemami klub zaproponował mu kontrakt w San Diego.
Na ostatnich stronach książki Kołtoń stara nam się opisać powolny upadek piłkarza jego problemy finansowe ostanie spotkanie z kolegami z boiska w 1989 i śmierć na autostradzie w Kalifornii. Koniec to powrót do losów wielkiej trójki z 1974, Franz Beckenbauer jako trener w 1990 roku zdobywa z reprezentacją Niemiec Mistrzostwo Świata, Johan Cruijff również jako trener w 1992 roku z FC Barceloną zdobywa Puchar Europu a Deyna...

piątek, 21 sierpnia 2015

Kici - legenda Legii Warszawa

Serce się raduje, szczególnie polskie serce, gdy polskie drużyny wygrywają w europejskich pucharach. Bardzo często żyjemy przeszłością, rozpamiętujemy mecze które miały swoje miejsce 5, 10, 15 czy 20 lat temu. Dla dwudziestolatków będą to eliminacje do mistrzostw w świata w 2002 i 2006 roku występy w europejskich pucharach Wisły Kraków w sezonie 2002/2003, Lecha Poznań 2008/2009 i 2010/2011 czy Legii Warszawa 2011/2012 i 2014/2015. Dla trzydziestolatków finał olimpijski w Barcelonie 1992 roku, występy Legii Warszawa (1995/96) i Widzewa Łódź (1996/97) w Lidze Mistrzów, a dla mnie dotarcie Legii do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów po wyeliminowaniu Sampdorii  Genua w sezonie 1990/1991. Dla czterdziestolatków zdobycie 3 miejsca na Mistrzostwach Świata w Hiszpanii w roku 1982, półfinał Pucharu Europy Widzewa Łódź w roku 1983, gra i wyjście z grupy na Mistrzostwach Świata z Meksyku  w 1986 itp., aż do wczesnych lat pięćdziesiątych, występu na olimpiadzie w Helsinkach w 1952 (raczej nieudanego) i pokonaniu ZSRR 2;1 na Stadionie Śląskim w roku 1957. Nie wspominając tu już lat 70-tych gdy Polska reprezentacja piłkarska była jedną z najmocniejszych na świecie, zdobywając złoty medal olimpijski w roku 1972, 3 miejsce na mistrzostwach świata w roku 1974, srebrny medal na olimpiadzie w1976 i 1/8 finału na mundialu w 1978.


Wszystkie te wydarzenia bezpośredni i pośredni łączy postać Luciana Brychczego Ślązaka, który cała profesjonalną karierę związał ze stołecznym klubem Legii Warszawa występując jako piłkarz (1953-1973), trener (1972-2014) i prezes (2014-?).



Kici - Lucian Brychczy legenda Legii Warszawa to książka wyjątkowa poświęcona nie tyle historii wielkiego piłkarza (swego czasu miał propozycje z wielkiego Realu Madryt) ale historii klubu w którym występował, jego wzlotów (mistrzostw z lat 1955/56 i 1969/70) upadku druga połowa lat 70-tych i 80-tych i powrotu na salony w latach 90-tych (półfinał PZP w roku 1991, mistrzostw Polski 1994 i 1995 i ćwierćfinał LM w 1996). Jest to wywiad rzeka, w którym piłkarz opowiada o swoim dzieciństwie (ojciec był bohaterem powstań śląskich)  o okupacji, wcieleniu brata do Wermachtu i jego śmierci, o piłce która była oderwaniem od szarej rzeczywistości  najpierw II wojny światowej a potem PRL-u, o powrocie ojca po wojnie, o pierwszej miłości o rozczarowaniu (chęć występów w wielkim Ruchu Chorzów) o ciężkiej pracy, występach w reprezentacji a potem w Legii Warszawa. Opowiada o trenerach z którymi miał przyjemność pracować (Węgier Janos Steiner i Czech Jaroslav Vojvoda) o wielkich piłkarzach (Polch, Deyna) i tych słabszych (Smuda). Snuje swą opowieść od czasów dla kibica pradawnych gdy Legiia nazywała się CWKS Warszawa i jeden mecz decydował o tym czy sekcja nie będzie rozwiązana (1954 mecz z Wisłą wówczas Gwardią Kraków wygrany ostatecznie 2:0) po wielkie sukcesy na koniec piłkarskiej kariery w meczach Pucharu Europy w 1970 (w dwumeczu o półfinał z Galatasaray strzelił wszystkie trzy gole 1:1 i 2:0) o okolicznościach porażki Feyernoordem (specyfika PRL-u?). Opowiada o ciężkich czasach gdy Legia pomimo potencjału nic nie grała, o jego trenerskiej przygodzie (raczej jako "koła ratunkowego"), stanie wojennym końcówce PRL i początkach lat 90-tych. Wspomina trenera Janusza Wójcika i jego umiejętności trenerski (a raczej brak) roli Pawła Janasa w drużynie, o trenerskich powrotach o młodym Macieju Skorży. Opowieść swą kończy na Janie Urbanie i jego drugim trenerskim podejściu do Legii Warszawa.

W miedzy czasie między kolejnymi historiami poupychane są notki z ważnymi informacjami czy wypowiedziami kolegów lub rywali z boiska, pozwalające zrozumieć opisywane wydarzenia i poszerzyć wiedzę na dany temat. Przykład poniżej.

"...Grając w kadrze w latach 1954-1969, Lucjan Brychczy rozegrał 58 spotkań. Kazimierz Deyna grał w kadrze krócej (1968-1978), ale wystąpił w niej aż 97 razy. Rekordzista - Michał Żewłakow (1999-2011) - wystąpił 102 razy. Paweł Mogielnicki, guru polskich statystyków futbolu, uważa, że liczby nie są w stanie oddać wielkości Brychczego. W latach reprezentacyjnej aktywności Brychczego (1954-1969) kadra rozegrała 108 oficjalnych spotkań, a w latach 1997-2012 aż 213..."



Biografia wyraźnie dzieli się na dwie części. Pierwsza młodość i kariera piłkarska ewidentnie bardziej przypadła mi do gustu (być może dlatego, że lata 50-te i 60-te piłkarsko  nie budzą tyle entuzjazmu co kolejna dekada), druga to raczej suche przedstawienie faktów, takie trenerskie rozważania o możliwościach, przeszkodach i ich realizacji. Opisy kolejnych trenerów, działaczy i piłkarzy.  W pierwszej części to Brychczy wpływa na wydarzenia w drugiej jest tylko ich obserwatorem. W książce nie ma tzw. prania brudów, plotek o piłkarskim życiu, kupowaniu i sprzedawaniu meczów (wspomniane mimochodem przy okazji odebrania mistrzostwa Legii w 1993). Jest za to bajanie o wielkiej drużynie i jej bohaterze związanym z tym klubem od ponad sześćdziesięciu lat.